ONA:
Och, jak mnie okrutnie ten film rozczarował!!! Mam poważne podejrzenia, że na każde 10 francuskich komedii, będzie mi się podobała jedna. „Nietykalni” to mój numer jeden. „Za jakie grzechy dobry Boże” – też świetny film, na którym cały dobrobyt mi się trząsł, gdy brechtałam. Ale to tyle. Oglądam te francuskie komedie, ale one zupełnie rozmijają się z moim gustem. „Zupełnie Nowy Testament” mnie po prostu zawiódł.
Bóg jest draniem. Jeśli istnieje, to mam nadzieję, że wie, że mam do niego mnóstwo pretensji. Czy jest tym dzieciakiem, który siedzi nad mrowiskiem z lupą i w upalny dzień przypieka mi czułki? Całkiem możliwe. Ale Jaco Van Dormael zwizualizował sobie go nieco inaczej.
Bóg mieszka w Brukseli. Ma niezbyt ogarniętą żonę, syna, którego wszyscy znamy, ale ma też córkę. Dość niepokorne z niej dziewuszysko. Bóg łazi w laczkach po domu. Dokucza ślubnej, ma swoje biuro, które wypełnione jest kartotekami. Ka komputer. I z pasją utrudnia ludziom życie. Jego pociecha, widząc sadyzm ojca, postanawia raz na zawsze rozwiazać problem. I co robi? Każdej osobie na ziemi wysyła wiadomość kiedy umrze. Jedni mają kilka sekund, inni dni, jeszcze inni lat. Szczęśliwcy mają ich kilkadziesiąt…
Pomysł świetny, wykonanie całkiem fajne, tylko sposób pokazania fabuły był okropny. Ten film nudzi, nie bawi, jest zbyt gorzki, zbyt ciężki. Rozumiem, że bardziej obyczajowa forma mogła pokazać pewne wartości, których się nawet nie spodziewaliśmy, ale ja autentycznie czułam się przygnieciona przez tę fabułę.
To jeden z tych filmów, który zaczyna Cię drażnić. Miało być śmiesznie, a obdziera Cię ze złudzeń. Połączenie nudy i pseudo-moralnej filozofii, oblane dramato-obyczajem. Nie polecam.
A z tworzenie komedii, które nie bawią, powinna być kara publicznej chłosty.
ON:
„Zupełnie Nowy Testament” jest pewną ironią otaczającego nas świata. Reżyser Jaco Van Dormael, postanawia na swój sposób rozprawić się z biblijnym aktem stworzenia. Jego dzieło jest bardzo nierówne. Początek jest nawet śmieszny: to groteska, która naśmiewa się z pierwszego razu Adama i Ewy, pokazuje też, jak bardzo nudzi się stwórca, gdy już nic nie ma do roboty. Wtedy, paląc papierosa, wymyśla nowe reguły rządzące światem. Dlatego kanapka zawsze spada dżemem do dołu, telefon dzwoni jak wejdziemy do wanny itd.
Niestety, gdy zaczyna się druga połowa tego filmu, opowiadająca o perypetiach córki stwórc,y noszącej imię Ea, która chce zebrać własnych apostołów i na nowo zorganizować świat, to komediowa nuta schodzi na drugi plan. Ta historia jest już bardziej dramatyczna i przytłaczająca. Poszczególne opowieści, skupiające się na pojedynczych, wybranych z tłumu postaciach, nie są śmieszne, a ich głównym tematem przewodnim jest wolna wola, podejmowanie własnych decyzji, zmiana swojego obecnego statusu. Nie było by to może aż tak straszne, gdyby nie wciskany na siłę mistyczny element.
Nie powiem, że to zły film, ale dużo mu brakuje. Na pewno nie wrócę już do niego.
