W ostatni piątek wracałem z Warszawy pociągiem pełnym ludzi. Każdy z nich miał swoją historię, każdy gdzieś jechał, każdy chciał już jak najszybciej opuścić wagon. Włodarze PKP po raz kolejny stwierdzili, że lepiej jest sprzedać więcej biletów, niż jest wolnych miejsc, więc wielu pasażerów musiało znaleźć swój kąt, gdzie w spokoju przetrwają do końca podróży. Przycupnąłem więc i wyciągnąłem z plecaka „Mroczną materię” – książkę, którą miałem zrecenzować w najbliższych dniach. 344 strony później dotarłem do końcowego zdania oraz swojej stacji docelowej. Tak minęły 4 godziny. Blake Crouch napisał książkę inną, ale czerpiącą z pewnych schematów, które pojawiały się w popkulturze przez wiele lat. Na szczęście dodał do tego coś od siebie – coś, co sprawiło, że cztery godziny podróży minęło mi niesamowicie szybko. Blake Crouch “Mroczna materia” – recenzja
Wszystko zaczyna się pewnego wieczora, gdy Jason Dessen, wykładowca fizyki z Chicago, opowiada nam o swoich ostatnich chwilach z bliskimi. Jason ma piękną kochającą żonę oraz nastoletniego syna. Do jego związku wkradło się już trochę rutyny, ale to mężczyzna, który kocha swoją rodzinę bardzo mocno. W pewnym momencie życia musiał podjąć decyzję. Musiał wybrać czy oddać się pracy i na rok zniknąć z ich życia, czy też pozostać przy żonie i pomóc jej w wychowaniu poważnie chorego w latach dziecięcych syna. Wybrał to drugie poświęcił karierę naukową, poświęcił granty dla tych dwóch osób, które są jego całym światem. Niestety, cały ten świat zostanie zniszczony za za sprawą zamaskowanego typa, który porywa głównego bohatera. Mężczyzna wywozi Jasona gdzieś na obrzeża, w rejony starych, opuszczonych magazynów i tam wstrzykuje mu tajemniczą substancję. Po tych wydarzeniach naukowiec budzi się przypięty do noszy, a jego jego stanem interesuje się grupa lekarzy, naukowców w białych kitlach. Najgorsze jest to, że gdy dotrze już do swojego domu – nic nie będzie takie, jak wcześniej.
I tu musę przerwać opisywanie historii, którą serwuje Blake Crouch. Robię to dlatego, że każde dodatkowe zdanie może zbyt dużo powiedzieć o tym, co czeka na czytelników. Pierwsze 150 stron kryje przed nami dość dużą tajemnicę, dopiero w drugiej połowie książki autor zaczyna uchylać przed nami kolejne drzwi i zbliża nas dzięki temu do dość zaskakującego finału. Chociaż po pierwszej połowie zacząłem się domyślać kto, jak i dlaczego, to sama końcówka była dla mnie naprawdę niezłą jazdą bez trzymanki. Pozbawienie książki dodatkowych wątków wychodzi jej tylko na dobre, bowiem pewne decyzje podjęte przez bohatera i tak pociągają za sobą dość poważne konsekwencje. Zresztą zobaczcie sami, bo naprawdę warto.
Crouch tworzy opowieść, w której główny bohater sam musi przeciwstawić się wszystkim, aby odzyskać utracone życie. Całość jest bardzo „filmowa” i nie zdziwię się, jeśli za czas jakiś czas ktoś w Hollywood zdecyduje się na ekranizację tego dzieła. Jeśli dobrze ktoś się za to zabierze, to będziemy mieli do czynienia z naprawdę efektownym kinem. Nie ukrywam, że jest tutaj sporo z prozy Michaela Critchtona.

