ON:

Bardzo podobał mi się „Dystrykt 9”, film, którego Paula nie lubi, bo ona nie przepada za tego rodzaju fantastyką. Wszystko w tym dziele mnie pozytywnie zaskoczyło. Zaczynając od postaci głównego bohatera, a na rozwalonym, brudnym Johannesburgu kończąc. Gdy wczoraj obejrzałem „Elizjum” szybko zauważyłem, że oba te obrazy coś łączy. Tym czymś jest osoba reżysera oraz specyficzny klimat, którego nie znajdziemy w innych produkcjach.

„Elizjum” zaskakuje od pierwszych minut, zaskakuje czymś, czego brak w podobnych dziełach. Główny bohater to tak samo, jak w przypadku „Dystryktu 9”, zwykły facet. Wychowany na ulicy, od małego w slumsach – przeciętniak. Wiadomo – brudne miasto nauczyło go jak żyć, co robić aby zjeść, ale okazuje się, że to jednak za mało, aby uniknąć kary. Z kilku scen domyślimy się, że ma jeszcze do spłacenia dług względem społeczeństwa.

Podczas napisów początkowych dowiemy się także o dwóch światach, jakie powstały na przełomie lat. Biedota mieszka, żyje i pracuje na powierzchni przeludnionej i wyniszczonej ziemi. Brud, nędza, zaraza, to codzienność. Brak tu jakichkolwiek zaawansowanych technologii, szczególnie jeśli chodzi o zdrowie. Na ziemi chora jednostka wcześniej czy później po prostu umiera. Tymczasem na orbicie okołoziemskiej, w tytułowym „Eluzjum”, żyją najbogatsi. Zdrowi, syci i co najważniejsze pewni swojej przyszłości. Tutaj władze sprawuje prezydent, za bezpieczeństwo odpowiada ambitna i bezwzględna szefowa ochrony. Nie ma możliwości aby męty z Ziemi przedostały się do tego raju. Tym bardziej, że tu nad głowami biedoty dzieją się rzeczy magiczne, a właściwie można powiedzieć boskie. Każdą chorobę, złamanie czy nawet zwykłe skaleczenie można wyleczyć dzięki zaawansowanym maszynom, komorom, które znajdują się praktycznie w każdym domu. Warto dodać, że wszelkie problemu z plebsem z Ziemi załatwi, a się w sposób szybki i drastyczny, a robią to za człowieka brutalne i bezwzględne droidy.

Wróćmy do Maxa, czyli głównego bohatera. Mężczyzna, na co dzień pracujący w fabryce robotów, ulega ciężkiemu wypadkowi, a jedyna możliwość, aby pożyć jeszcze trochę jest dotarcie do orbitalnej stacji i skorzystanie z uzdrawiającej maszyny. Na realizację planu ma tylko 5 dni, gdyż dawka promieniowania jakie przyjął, jest śmiertelna i tyle według przewidywań mu pozostało. Max postanawia więc przyłączyć się do ruchu oporu, walczącego z bogatą elitą i władzą, i przy pomocy ich sprzętu dostać się do “Elizjum”. Droga do raju nie jest jednak usłana różami.

Film mnie oczarował, dostałem brudne sci-fi pełne akcji. Ziemia to dziura przypominająca Johannesburg z „Dystryktu”, technologicznie jest zacofaną kolonią ludzi z kosmosu. Broń, jakiej używają „ziemniaki”, to składane, modyfikowane pistolety i karabiny, których funkcjonalność pozostawia wiele do życzenia. W porównaniu z tym, co znajduje się na górze, Ziemia jest w epoce średniowiecza. Znajdziemy tutaj wszystko, co możemy sobie wyobrazić w Cyberpunku. Egzoszkielety, dopalacze, przenośne nanotarcze, nanoostrza i całą masę innych rzeczy, które kochamy z czasów CP2020.

„Elizjum” jest filmem wyjątkowo dobrym, a ja daje mu dodatkowo jeszcze jeden punkcik za całą masę smaczków, których dawno nie widziałem w filmach. Dla wielbicieli sci-fi pozycja obowiązkowa.