ONA:

Johnny Depp należał kiedyś do grona moich ulubionych aktorów. Ale niestety, zawiódł. Zawiódł przede wszystkim tym, że jego przywiązanie do Burtona zrobiło mu sporo krzywdy. Nie potrafił mnie zaskoczyć. Jego kreacje były owszem – bardzo dobre, charakterne, ale przy okazji bardzo w jego „stylu”, poza którego się nie wychylał. Depp – dziwne role, dziwni bohaterowie. Im dziwniejsza postać, tym on lepiej się w tym odnajdywał. Trochę mnie to znudziło.

Po seansie „Black mass” mogę napisać jedno: dobrze, że wrócił. Tu znowu jest super charakterną postacią, ale… prawdziwą. Historia, którą Scott Cooper pokazał w filmie „Pakt z diabłem” wydarzyła się naprawdę. A film? Trzyma za gardło. Przez dupę.

Mamy rok 1975. Tak, znowu lata 70-te. Znowu w temacie jest mafia. Znowu mamy walkę „tych dobrych” służb z tymi bandziorami, którzy zbierają haracze, sprzedają dupy, dragi i cholera wie co jeszcze. Mafia w Bostonie ma kilka „form”. Oczywiście dominują Włosi ze swoim nieuchwytnym szefem, ale „skromna” grupa skupiona wokół charyzmatycznego (czyt. pierdolniętego i bezwzględnego) Jamesa Bulgera, znanego w swoim środowisku jako „Whitey”.

Dzieje się rzecz dziwna i zupełnie pozbawiona sensu. Do Bulgera zgłasza się jego kumpel z młodzieńczych lat – John Connolly. Niby nic takiego, ale pracuje on w FBI i proponuje mafiozowi współpracę. Ma być informatorem. Ma wystawić im włoską mafię. Whitey się zgadza, panowie zaczynają razem działać. I przez wiele lat ta współpraca polegała na tym, że Bulgler zgarniał coraz więcej dla siebie, Connolly coraz bardziej to ukrywał, aż wreszcie stanowisko prokuratora objął Fred Wyshak, który z impetem pierdolnął ręką w stół.

To nie jest klasyczne kino sensacyjne. Owszem, mamy tu trochę strzelanek, lania po mordzie i nawet pada kilka trupów, ale tu najważniejsza jest zagrywka psychologiczna. To dramat gangsterski, na dodatek na faktach, który ogląda się ze wstrzymanym oddechem. Tyle się tu dzieje, a przy tym to wszystko jest bardzo „snująco się” opowiedziane, bez zbędnego hałasu. Ale i tak mamy genialnie narastające napięcie. Plus to bardzo męski film. Kobiety są tu tłem. Ale po kolei. Depp w roli Bulgera, jest przede wszystkim bardzo „niejednoznaczny” psychicznie. Ma swój kodeks, który opiera się przede wszystkim na lojalności. Bez mrugnięcia oka odbiera życie swoim wrogom. Jest szumowiną, ale intryguje jak nikt. Dalej, Joel Edgerton, który gra Connolly’ego. Tu też mamy bardzo podwójną moralność i dziwną lojalność. Taką skrajnie patolską. Benedict Cumberbatch gra brata Bulgera, który jest senatorem. I mimo tego, że wiedział czym się zajmuje braciszek, to… A zresztą, zobaczycie sami. Dalej mamy Kevina Bacona, którego obecność na ekranie zawsze mnie cieszy. Jest też Peter Sarsgaard i Corey Stoll, którym robiłabym brzydkie rzeczy bardzo ładnie.

Pierońsko dobry jest ten film. Dopracowany i wciągający, zaskakujący i niezbyt oczywisty, nawet, jak w jakimś tam stopniu zna się tę historię. Kolejny przykład na to, że najlepsze scenariusze pochodzą z życia.

ON:

Niesamowicie cieszę się, że Johnny Depp choć na chwilę przestał grać w filmach Burtona i zabrał się za poważne filmy. Jego kreacje, które były po prostu kretyńskie, zupełnie do mnie nie przemawiały. Brakowało mi tego aktora z początku jego kariery. Faceta, który potrafił wcielić się w prawdziwych mężczyzn, a nie wypindrzonego wampira lub spedalonego pirata.

„Black Mass” w reżyserii Scotta Cooera, to oparta na autentycznych wydarzeniach historia drobnego przestępcy, który za sprawą „paktu” z FBI staje się praktycznie nietykalny i pnie się w górę po szczeblach przestępczej kariery.

James “Whitey” Bulger zaczynał na ulicach Bostonu. To on tak naprawdę doprowadził do powstania Winter Hill Gang zorganizowanej grupy przestępczej, która trzepała całym miastem, a jej macki sięgały daleko głębiej, poza granice miasta. Bulger wychowywał się w dzielnicy z „tradycjami”. Tutaj każdy, kto kiedykolwiek z Tobą biegał po podwórku, nie miał prawa Cię podkapować. Przyjaźń, honor i więzi były bardzo silne. Między innymi dlatego, że wielu z tych chłopaków miało irlandzkie korzenie.

W 1975 roku Bulger był już znany w branży. Odsiedział już swoje pierwsze wyroki, a teraz siedzi na starych śmieciach, gdzie pokazuje wszystkim, kto tutaj rządzi. Tamtego roku przyszedł do niego niejaki John Connolly, agent FBI, który zaproponował mu układ. Wzajemna współpraca miała przynosić korzyści dla biura oraz dla bandziora. Wszystko po to, aby zgarnąć włoską mafię. Układ zakładał jedną rzecz: Bulger nie mógł zabijać żadnych osób. Nie zawsze mu się to udawało. Ale z racji tego, że Connolly wychowywał się z Jamesem w jednej dzielnicy, robił wszystko, aby jego niekompetencja nie wyszła na jaw – co za tym idzie: krył dupę „Whitey’a”. Trwało to latami. FBI nie do końca wiedziało co się dzieje, a gangsterka na ulicach Bostonu działała sobie w najlepsze.

Film Coopera nie jest przepełniony akcją ale trzyma w napięciu. Kolejne sceny, w których pojawia się Depp to naprawdę perełka. Po raz pierwszy od dawna mamy powrót do korzeni jego możliwości aktorskich. Jego postać to niezły psychol i widać to na ekranie. „Black Mass” to naprawdę niezły film sensacyjny, z dobrymi rolami i ciekawą historią, którą napisało samo życie. Warto wybrać się do kina.

Czytając o tej sprawie w Internecie dowiedziałem się, że była to jedna z największych wpadek FBI w historii biura.