ON:

Okres Zimnej Wojny był dość wyjątkowym etapem w historii świata. Dwa wielkie mocarstwa, stojące po dwóch stronach globu, trzymały się za jaja. Nikt nie chciał posunąć się za daleko, a to dlatego, że jeden maleńki krok mógł doprowadzić do ogromnego kataklizmu. Katastrofy, po której musielibyśmy budować wszystko od nowa. Jak wyjątkowe rzeczy działy się w tamtych czasach wiedzą chyba tylko osoby, mające dostęp do tajnych dokumentów.

Seria “Call of Duty” stała się wyjątkowym dziełem. Zrezygnowano z realizmu na rzecz widowiskowości i adrenaliny. Akcja cały czas szybko gna do przodu, a my nie mamy czasu zastanawiać się, nad tym co było. Każda chwila nieuwagi może doprowadzić do naszej śmierci, a co za tym idzie – do niepowodzenia misji.

Tym razem producenci rzucają nas właśnie w wir wydarzeń Zimnej Wojny. Nasz bohater nazywa się Alex Mason i jest wojskowym agentem do zadań specjalnych. Bierze udział w misjach Black Ops: są to zadania tak tajne, że często przekazuje nam je sam prezydent Kennedy. Mason jest specem w swoim fachu, jednak ostatnia misja poszła nie tak, a on sam budzi się w dziwnym, ciemnym pokoju, przywiązany do krzesła. Na torsie zakrwawiona koszula, popękane od bicia wargi i mgła w głowie uzyskana odpowiednią ilością narkotyku w jego krwiobiegu – to wynik spotkania z kimś niemiłym. Mason stara się zebrać myśli i przeanalizować wszystkie dotychczasowe zadania, by dojść do tego co tak naprawdę się stało.

Jak zwykle bywa Activision nie stara się ukryć, że mamy do czynienia z produkcją z górnej półki. Ciężka kasa wydana na produkcję i aktorów musi się bowiem zwrócić. Filmowa wręcz widowiskowość oraz światowej klasy nazwiska, między innymi Ed Haris, Gary Oldman i Sam Worthington, mają nas przekonać do wydania pieniędzy na tę produkcję. I co? Robimy to, bowiem wiemy, czego się spodziewać. Wiemy bardzo dobrze z intensywnej kampanii reklamowej.

“Call of Duty: Black Ops” składa się z 15 misji. W każdej z nich brał udział Alex Mason i każdą z nich obserwujemy jego oczami. Dzięki temu nie mamy takiej sieczki, jak było w przypadku MW2, gdzie w pewnym momencie ciężko było powiedzieć co się dzieje i dlaczego. Mimo, że scenariusz nie urywa dupy,  jest lekki, jak w wakacyjnym kinie akcji. Będzie nam się go dobrze śledzić, a wszystko z powodu całkiem ładnie zarysowanych bohaterów. Od początku wiadomo kto jest dobry, a kto zły. Kampania trwa około 6 godzin i na niższych poziomach trudności poradzi sobie z nimi nawet niedzielny gracz, który lubi czasem postrzelać do ludzików. Grafika i dźwięk stoją na wysokim poziomie. One mają zapewniać tą hollywoodzką oprawę i udaje się to bardzo dobrze.

Poza kampanią dla jednego gracza, mamy możliwość gry w multi. To chyba na to czekali prawdziwi fani. Wprowadzono kilka ułatwień, poprawiono kilka rzeczy. Duży nacisk postawiono na tworzenie postaci, jej awansowanie i dobieranie ekwipunku. Dzięki temu na wirtualnym polu bitwy możemy być unikatowi. Warto wspomnieć o powrocie trybu zombie. Tym razem bronimy się między innymi w Pentagonie, przed hordą nieumarłych. To bardzo wymagająca część rozgrywki, bowiem wymaga ogromnego skupienia i współpracy z innymi graczami, gdyż ilość wrogów jest ogromna.

Reasumując – “Call of Duty: Black Ops”, jest tytułem, w który powinien zagrać każdy fan FPS-ów. Niezbyt długa kampania daje akurat wystarczającą ilość zabawy, a później po prostu musimy poradzić sobie z innymi graczami lub zombie. Warto.