ON:

Alan Wake był jedną z najlepszych gier, jakie przyszło mi ogrywać. Świetny scenariusz, serialowa budowa, bardzo dobrze zbalansowana rozgrywka i niesamowita ilość nawiązań do współczesnej popkultury sprawiły, że w tej produkcji zakochało się tysiące graczy. Gdy Microsoft wraz ze studiem Remedy zapowiedzieli Quantum Break wszyscy oszaleli. Trailery wyglądały obłędnie, gameplay wyglądał świetnie, wszystko zapowiadało, że na rynku pojawi się tytuł, który będzie kolejnym krokiem milowym w świecie elektronicznej rozrywki. Niestety, tak nie jest.

Wyjątkowy scenariusz…

To, co jest najmocniejszą stroną Quantum Break, to scenariusz i gra aktorska. Oba te elementy są dopieszczone do samego końca. Scenariusz skupia się na osobie Jacka Joyce’a, który stara się powstrzymać Paula Serene, byłego przyjaciela, którego eksperymenty z machiną czasu mogą doprowadzić do końca świata, jaki znamy. Opowiedziana w formie epizodów historia ma jest swoistym serialem sci-fi. Twórcy wrzucili tutaj ogromną liczbę elementów, których nie powstydziłby się dobry hollywoodzki film. Dialogi, voiceacting, mimik twarzy, rozwiązania i teorie związane z czasem, to wszystko uzupełnia się i sprawia, że gra jest bardzo wciągająca. Dodatkowo uzupełnia ją serial, w którym grają Aidan Gillen, Lance Reddick, Dominic Monaghan. Odcinki pojawiają się pomiędzy kolejnymi rozdziałami Quantum Break i są naprawdę niesamowite. Całości dodaje smaku muzyka, którą skomponował Petri Alenko.

quantum-break-recenzja-marudzenie

…i średnia rozgrywka

To, co sprawia, że Quantum Break nie jest wyjątkową produkcją, to cała reszta. Przede wszystkim powtarzalna rozgrywka, niesamowicie spieprzony system kolizji, przeciętna praca kamery. To, co miało odróżniać produkcję Remedy, to umiejętności głównego bohatera, który może manipulować czasem – zatrzymać przeciwników, przyśpieszyć swoje ruchy, włączyć tarczę i odbić przyciski. Niby nowość, ale takie rozwiązania już pojawiały się w grach. Żadna z umiejętności Jacka nie rzuciła mnie na kolana – po prostu są one po to, aby urozmaicić rozgrywkę i niczym więcej. Tym bardziej, że twórcy idą na cholerną łatwiznę, jeśli idzie o przeciwników naszego bohatera. Jest ich tylko kilka rodzajów, a pod koniec rozgrywki nasyłają ich na nas kolejne fale i na siłę wydłużają całą opowieść. To trochę słabe rozwiązanie, biorąc pod uwagę, że przez spieprzony system kolizji i pracy kamery zdarzyło mi się kilka razy zginąć tylko dlatego, że mój bohater zaklinował się pomiędzy elementami otoczenia.

quantum break recenzja

Ogólnie każdy rozdział wygląda podobnie. Chwila spokoju i „zwiedzanie” okolicy, zbieranie dokumentów i innych rzeczy opowiadających o fabule, następnie mamy odrobinę strzelania, znów chwilę spokoju i tak w kółko. Na każdej planszy znajdziemy także anomalia czasowe, które pozwolą nam na rozwój umiejętności, a w niektórych momentach musimy odtworzyć fragment przeszłości, aby ruszyć fabułę dalej.

Podczas gry kilka razy zdarzy się, że będziemy musieli wybrać to, co wydarzy się dalej. Jedną z alternatywnych historii, która stworzy nową ścieżkę w rzeczywistości. Coś takiego było już w uproszczonej wersji w Army of Two: The 40th days. W przypadku QB często jest tak, że wybieramy będąc po tej drugiej stronie, a dobro i zło nie są tak oczywiste.

Graficznie bez fajerwerków, ale…

Po rewelacjach, jakie pojawiły się przed premierą, gracze zaczęli ględzić. Całe szczęście gra wygląda bardzo dobrze, na uwagę zasługują przede wszystkim animacje postaci, mimika ich twarzy i zachowania. Nawet stojąc i nic nie robiąc nasza postać zachowuje się naturalnie, przychyla głowę, wykrzywia usta. Wygląda to naprawdę dobrze. Otoczenie i poszczególne elementy, oraz odwiedzane lokalizacje są zróżnicowane, ale nie uniknięto pewnej powtarzalności. Tak czy inaczej – nie ma się do czego przyczepić, bowiem gra jest ładna.

quantum break marudzenie

Czas zmienić czas

Quantum Break nie jest kamieniem milowym w branży. Brakuje w grze tego „czegoś”, co powoduje, że po kilku godzinach przed ekranem mamy ochotę nadal grać i grać. Bardziej interesowała mnie sama opowieść i serial niż sekcje z bieganiem i strzelaniem, gdyż te w pewnej chwili już nudziły. Czy warto zagrać? Na pewno, ale nie warto wydawać na tą grę 230 zł. Jeśli nie macie parcia, to poczekajcie, aż tytuł stanieje o połowę i wtedy na spokojnie zapoznajcie się z historią Jacka Joyce’a.

Grę testowaliśmy na konsoli XBOX ONE