Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY

Bogowie

ONA:

Godzinę temu wyszłam z kina przez ten czas próbowałam w głowie ułożyć sobie dzisiejszą recenzję. Lubię pisać tak od razu, świeżo po seansie, bo kołatają mną wtedy najsilniejsze emocje, których nie muszę analizować. Lubię, kiedy mój bóg – rozum chociaż na chwilę ustępuje miejsca sercu. No właśnie, sercu. Podczas filmu „Bogowie” zdałam sobie sprawę z tego, że najpiękniejszym dźwiękiem, jaki może słyszeć człowiek, to bicie serca. Żaden tam płacz dziecka – mnie na przykład irytuje. Żaden silnik samochodu. Dźwięk tak naturalny, że na co dzień o nim zapominamy, a bez niego nas nie ma. Głuchy, rytmiczny, odzwierciedlający wszystko to, co z nami się dzieje. Dźwięk strachu, szczęścia, zakochania. Dźwięk początku i końca. Bum-bum, bum-bum, bum-bum. Rytm serca. Moja dzisiejsza recenzja będzie zupełnie inna od tych, które tu tworzę przez te ostatnie lata. Moja dzisiejsza recenzja będzie podziękowaniem dla twórców jednej z najlepszych biografii, jakie widziałam, a wierzcie mi – widziałam ich wiele. 

Łukasz Palkowski – reżyser. Człowiek, którego dorobek filmowy jest maleńki. To młody twórca, który już ma na koncie jeden z najlepszych filmów polskich w tej dekadzie. Krzysztof Rak – scenarzysta. To dzięki niemu, dzięki jego słowom mogliśmy zobaczyć historię boga – ale nie brodziatego staruszka z nieba czy grubiutkiego i łysego pulpeta. Zobaczyliśmy boga nauki, który kpił ze śmierci, który w felerności ludzkiego organizmu szukał możliwości do doskonalenia, do wydłużania tego niewielkiego okresu czasu, którego możemy nazywać „życiem”. Produkcja: D. Lesage, P. Woźniak-Starak, M. Kubicka-Sak, D. Kłodowski, M. Kryjom, R. Kijak, M. Zagórski, A. Chodkowski, M. Pasynkiewicz, M. Laske – bo przecież ktoś tym przedsięwzięciem, który nazywa się „Robimy film” musi rządzić. Bartosz Chajdecki – człowiek od muzyki, który z niebywałą intuicją miesza muzykę filmową z popularną. I przy każdej kolejnej produkcji udowadnia, że robi to GENIALNIE. W przypadku filmu „Bogowie” ujął mnie wykorzystaniem utworu „My Sharona” zespołu The Knack. Spora odwaga, ale wyszło to rewelacyjnie. Piotr Sobociński Jr – człowiek od zdjęć. Jeśli zerkniecie na jego dorobek artystyczny, to zobaczycie, że pracował on przy najlepszych produkcjach z ostatnich lat. W „Bogach” nie zawodzi. Jego ujęcia są plastyczne, dynamiczne, a kamera je mu z ręki. Razem z Jarosławem Barzanem, który zajął się montażem, stworzyli obraz ze światowej półki, któremu nie można nic zarzucić. Duet J. Turewicz i W. Żogała zajęli się scenografią – surową, ciężką, szpitalną do szpiku kości. Wnętrza, w których odbijały się wszelkie emocje – od nadziei, po tragedie. Plus za świetnie oddany klimat z lat 80. ubiegłego wieku. Kostiumy – Ewa Gronowska – razem ze scenografami przeniosła nas do tamtych czasów, tamtych realiów, kiedy to brakowało wszystkiego, a ludzie chcieli żyć normalnie. Dźwięk – B. Bogacki, J. Bajdowski, M. Fojcik. – w filmach słyszałam już wszystko. Był śmiech, były wybuchy i wystrzały, były szelesty, pościgi. A oni sprawili, że usłyszałam dźwięki ludzkiego organizmu, że w którymś momencie filmu zauważyłam towarzyszący mi rytm serca…

Idźmy dalej: obsada. Piotr Głowacki, Szymon Piotr Warszawski, Rafał Zawierucha w rolach lekarzy, którzy doprowadzili do pierwszego w Polsce przeszczepu serca i którzy mieli w sobie dużo odwagi i szaleństwa, by nie odmówić głównemu bohaterowi. Marta Ścisłowicz, Karolina Piechota, Magdalena Kaczmarek, Magdalena Wróbel, Milena Suszyńska – jako piękne, apetyczne pielęgniarki, które stały murem za swoimi lekarzami. Jan Englert, Władysław Kowalski, Marian Opania – w rolach starej doktorskiej gwardii. Ryszard Kotys jako nemesis głównego bohatera. Artur Dziurman – pierwszy sekretarz, który podsunął „Jadźkę”. Marek Siudym – jako pierwszy pacjent, któremu zrobiono przeszczep. Aktorzy, którzy wcielili się w role lekarzy, pacjentów, rodzin, którym powierzono niewielkie przestrzenie filmu – ale jednak, dzieła bardzo ważnego i istotnego w rozwoju rodzimej kinematografii. Małgosia Łata w roli Ewki, od której wszystko się zaczęło i Kinga Preis w roli jej matki. Magdalena Czerwińska w roli Anny, żony głównego bohatera. I Tomasz Kot. No właśnie. Tomasz Kot. Aktor, który zaczynał od roli w „Niani”, który był Ryśkiem Riedlem, gapowatym i pierdołowatym magistrem Miśkiewiczem w „Testosteronie” i uroczym Istvanem w „Lejdis”, który ma za sobą role lepsze i gorsze, filmy lepsze i gorsze, ale któremu absolutnie nie można odmówić talentu i plastyczności, gładkiego i szalenie sugestywnego wchodzenia w ogromny wachlarz ról – kreacją Zbigniewa Religii powalił na kolana. Miecie. Na ekranie jest on. Pochylony, z nieodłącznym papierosem. W chwale i na dnie. To jego życiowa rola. I oby takich więcej. Udowodnił, że nie tylko w komediach się odnajduje. Każda z tych osób i pewnie wiele innych, które przyczyniły się do powstania filmu „Bogowie” zasługuje na podziękowanie. Bo obejrzałam dzięki nim świetny film, którego nie muszę się wstydzić. Obejrzałam świetną biografię, historię na faktach, która nie jest w standardowym obszarze zainteresowań scenarzystów. Obejrzałam film, który jest bardzo dobry i technicznie, i aktorsko.

Na koniec specjalne podziękowania dla prof. Religi. Za oszukanie i przechytrzenie śmierci. I za najpiękniejszy dźwięk na świecie.

Nie zastanawiajcie się ani chwili. Ten film trzeba zobaczyć. Tego filmu nie wypada ukraść, spiracić, obejrzeć w jakimś nędznym wydaniu. Zatem: do kin!

ON:

Moja recenzja dziś mogłaby skończyć się na jednym zdaniu: „Bogowie” to film rewelacyjny.

Chcę jednak napisać trochę więcej, bowiem jestem pod wrażeniem produkcji, która spokojnie mogłaby być nakręcona za wielką wodą, w Hollywood. Film ten podniósł poprzeczkę tak wysoko, że zastanawiam się, czy komuś uda się w najbliższym czasie ją przeskoczyć. To dzieło kompletne. Siedząc w kinie łykałem opowieść o profesorze Relidze w sposób, jaki dawno nie miało to miejsca.

Historia ta zaczyna się na początku 1980 roku, kiedy to młody lekarz, pracujący w warszawskim szpitalu, wykazuje się innymi niż wszyscy zasadami moralnymi oraz umiejętnościami. To człowiek z pewnymi zasadami, mający doświadczenie z amerykańskich staży, który marzy o tym, aby zmienić polską transplantologię.

Religa sam podejmuje decyzje, scenarzysta Krzysztof Rak pokazuje go z każdej strony, nawet tej najgorszej. To facet, który klnie jak szewc, nie lubi sprzeciwów, a emocje miotają nim, jak okrętem podczas sztormu. To także człowiek oddany pracy od początku do końca. Cierpiała na tym rodzina i najbliżsi pracownicy. Początek jego kariery to czas, w którym spotykał się z wieloma osobami i duża część z nich po prostu uznawała jego pomysły za niedorzeczne. Jakim cudem można przeszczepić czyjeś serce do innego człowieka? Warszawska klinika także nie była miejscem mu przychylnym. Wielokrotnie jego decyzje były krytykowane, a on lądował na dywaniku lub przed komisją do spraw etyki. Komisją, która składała się z zaschniętych dziadków borowych, którzy na nowości patrzyli z takim przerażeniem, jak weganie na kawał soczystego steka.

We wczesnej karierze Religi ważne są dwa wydarzenia. Jednym z nich to oferta prowadzenia własnej kliniki w Zabrzu, a druga to uratowanie życia pewnemu młodemu człowiekowi, który okazał się synem bardzo wpływowego jegomościa, który jeździł czarną Wołgą. Przyjęcie przez niego oferty pracy w Zabrzu okazało się trudniejsze, niż by się wydawało. Od samego początku na jego drodze pojawiały się kłody, które ciężko było ominąć. Jednak upór profesora oraz fantastyczna grupa współpracujących z nim ludzi, doprowadziły do powstania kliniki, której nie można było się wstydzić. Tak dochodzimy do roku 1985, w którym to wraz ze swoim zespołem przeprowadził swój pierwszy przeszczep serca.

Film w reżyserii Łukasza Palkowskiego jest swoistym hołdem, który oddał zmarłemu transpatologowi. Nie jest mi oceniać jego osoby jako polityka, a tym bardziej jak zachowywał się jako osoba prywatna, ale reżyser nie bał się pokazać jego prawdziwego oblicza, tego przepełnionego papierosami, wódką i notorycznym „kurwami”. Ludzie wielcy są specyficzni, ludzie z pasją są jeszcze gorsi. Tak przecież było w przypadku Jobsa i wielu innych.

Co zwraca uwagę w „Bogach”? Przede wszystkim fenomenalna kreacja Tomasza Kota. Facet, który zaczynał w komedyjkach, bierze się za bary z poważną rolą i robi to fenomenalnie. Nie ukrywam, że świetny też był Piotr Głowacki wcielający się w Zembalę i reszta obsady. Tak naprawdę nie ma tutaj złych ról. Każdy dał z siebie wszystko, zrobił to w sposób pokazujący, że w Polsce są dobrzy aktorzy, tylko trzeba dać im dobry scenariusz i ktoś musi ich poprowadzić.

„Bogowie” pokazują także jeszcze jedną rzecz. Kino polskie nie musi opowiadać o wojnie, aby zapełniło sale kinowe. Na dzisiejszym seansie w całej sali było tylko kilka wolnych miejsc. Oby więcej takich produkcji.

  Fot. James L. Stanfield
Fot. James L. Stanfield