FURY

ONA:

Zastanawiam się czy temat WWII kiedykolwiek się wyczerpie. Zauważcie – nie ma innej wojny, którą tak często magluje się w kulturze i sztuce, jak właśnie II Wojna Światowa. Co ciekawe, gdybyśmy zderzyli filmy o tych tragicznych momentach w historii ludzkości z perspektywy rodzimej i zagranicznej kinematografii, to doszlibyśmy do bardzo smutnego wniosku. Nasze filmy o WWII są po prostu biedne. Jest w nich dużo przeżyć, dużo emocji, ale w tle są „czołgi z kartonu”. No i ciągle krążą wokół tego samego motywu przewodniego, jakim jest Powstanie.

Jeśli zaś chodzi o wojenne filmy z innych krajów, to tam też jest dużo przeżyć – często bardziej skrajnych i obdzierających ze złudzeń. U nas szablon bohaterów jest bardzo stereotypowy, a np. Amerykanie, którzy biorą się za filmy o WWII, są odważniejsi. Martyrologia w obu przypadkach jest mocna, ale u nas każdy film o wojnie jest powoli świętym, a wszelka krytyka to jak obdzieranie orła białego z piórek…

David Ayer nie jest reżyserem, którego znam. Moja znajomość jego filmów ogranicza się do dwóch, góra trzech tytułów i tyle. Ale muszę przyznać, że zaczyna mnie ten pan kręcić. Cholera, jest dobry w tym, co robi. Jego dzieła są wypełnione emocjami i akcją w bardzo dobrych proporcjach. Dba on o zdjęcia i sceny, jest drobiazgowy i wodzi nas, widzów, za nos. Jak ja lubię takie zabawy!!! W „Furii”, filmie, który zachwycił mnie totalnie, jest wszystko tak dobrze wyważone, że mogłabym napisać tylko tyle „Obejrzyjcie to dzieło, bo warto”. Ale załóżmy, że rozpiszę się nieco bardziej…

Mamy kwiecień 1945 roku. Świat jest już cholernie zmęczony trwającą wiele lat wojną. Do wojska wcielane są już nawet dzieci. Nie jest ważne to, że gówniarz powinien siedzieć w szkole i uczyć się mnożyć w słupku. Jest już na tyle „duży”, że może naciskać na spust, bo ktoś tam nie chce przegrać wojny… Bohaterowie naszego filmu stacjonują na niemieckiej ziemi. Są doświadczonymi czołgistami, którzy w tej puszce na metalowych gąsienicach żyją jak najbliższa rodzina. Różnią się. Mają totalnie inne spojrzenie na wojnę, na życie. Łączy ich jedno – cel. Tę wojnę muszą wygrać alianci. I jest on już na wyciągnięcie ręki… Kolejną z misji, którą mają wykonać chłopcy z Furii, jest zabezpieczenie linii zaopatrzenia. Ale nic nie jest takie proste. Z 5 maszyn, które miały to wykonać, tylko im udaje się dotrzeć do wyznaczonego miejsca. Żaden inny czołg nie przetrwał. Furii się to udało między innymi z powodu dowódcy – Dona „Wardaddy” Colliera (Brad Pitt), który jest diabelsko dobrym, doświadczonym żołnierzem, z ogromną intuicją i odwagą…

Do tej pory Wardaddy i jego chłopcy potrafili oszukać Fortunę. Kule świszczały im nad głowami, ale nie trafiały w nich. Ale każdy pokład szczęścia musi się skończyć. Ich – w końcu los dopadł na skrzyżowaniu dróg, gdzie najechali na minę. Rozwalona gąsienica, uziemiony czołg i piechota ok. 200, może nawet 300 SSmanów, kroczących w ich stronę. Są w środku. Za nimi ci, którzy najpewniej doprowadzą do końca wojny. Przed nimi wróg. Opcje są dwie: albo uciekają, narażając „zaplecze”, albo walczą. Jeden rozwalony czołg, kilku żołnierzy, trochę broni…

Filmy o grozie wojny zawsze będą trudne i ciężkie. Można spróbować wpleść między wątki „normalnych” ludzi, codzienność, zwykłe emocje i uczucia, ale koniec końców zawsze ktoś zginie, najpewniej w jakiś tragiczny sposób. Wojna to wojna. Możesz mieć ideały, możesz wierzyć w boga, możesz łudzić się, ale jak nie Ty pociągniesz za spust i strzelisz do kogoś, to ten ktoś strzeli w Ciebie. Przez cały film bohater grany przez Pitta jest dominujący na ekranie. I z jednej strony mamy bezwzględnego żołnierza, który nie cofnie się przed niczym, żeby zabić kolejnego wroga, a z drugiej – to facet, który jak nikt ceni spokojny obiad, podczas którego chociaż na chwilę zapomni o wojnie… Drugą, niebywale ważną postacią, jest młody Normal Ellison, świeżak na froncie. To on ma ogrom ideałów w głowie, to on jest przerażony, to on nie potrafi wejść w rolę żołnierza. Wardadddy trochę bestialsko uświadamia mu, że albo on, albo ktoś inny – ale trup musi paść.

Co tu dużo mówić – „Furia” to bardzo dobry film wojenny. Wciąga, intryguje, pruje głowy i chwyta za gardło. Jest cholernie brutalny, ale to przecież dzieło o wojnie – tu nie ma miejsca na pitu-pitu. Emocje i tak są – ale zupełnie inne. Dawno nie widziałam tak spektakularnego filmu, który tak cholernie mocno przybił mnie do fotela. Poraża, przeraża i zachwyca.

ON:

W sieci pojawiły się zdjęcia przerobionego plakatu z filmu „Furia”. Zamiast oryginalne FURY zrobiono RUDY. Niestety, muszę wszystkich fanów „Czterech Pancernych i Psa” bardzo zasmucić. „Furia” to kino, które z dziecięcej opowieści o czołgistach, zrobiła twarde i męskie kino przepełnione patosem i krwią. Dzieciaki nie mają co tutaj szukać. Myślę, że część dorosłych także może omijać to kino z daleka, ale zacznijmy od początku.

Film Davida Ayera podzielił fanów kinematografii na dwa obozy. Ja należę do tego, który uważa to dzieło za wyjątkowo dobre i odstające od innych wojennych produkcji. Przede wszystkim dlatego, że mało było ostatnio filmów o czołgistach. Właściwie to nawet za bardzo sobie nie przypominam, kiedy ostatnio takowy widziałem. Pomimo ogromnego patosu oraz pewnie i przekoloryzowania, dzieło to ogląda się bardzo dobrze.

Koniec II Wojny Światowej, Alianci kończą rozstawiać ostatnie pionki na mapie Europy. Nadal pojawiają się fronty, na których trwają zaciekłe walki, a niemieccy oficerowie nie chcą oddać tanio własnego życia. Na tej szachownicy zdarzeń ma swoją rolę grupa pięciu czołgistów. Dowodzi nią Don „Wardaddy” Collier, który śmierć ma za nic. To dowódca z prawdziwego darzenia, trzyma swoich podwładnych na smyczy, ale jest ona wystarczająco długa, aby byli mu wierni do samego końca. Podczas ostatniej misji ginie jeden ze strzelców Colliera i na jego miejsce sztab przysyła nastoletniego żółtodzioba, który szybciej potrafi pisać na maszynie, niż zmienić taśmę w karabinie. Przerażony dzieciak nie wie tak naprawdę co się dzieje dookoła niego. Pomimo tego, że w filmie nie ma głównego narratora, to i tak wydaje nam się, że jest nim właśnie – Norman Ellison. Możliwe, że dlatego, iż to jego umysł jest najmniej spaczonym przez bezeceństwa wojny. On nie myśli o tym, aby zabijać i gwałcić – nie chce krzywdzić innych. Niestety, jego nastawienie musi się zmienić, bo w innym wypadku będzie on stwarzał zagrożenie dla reszty zespołu. W brutalny sposób wszystko wyośli mu „Wardaddy”.

Ekipa Colliera jako jedna z tych, które mają największe doświadczenie w walce, wysyłana jest na coraz to nowsze misje. Zadania, których muszą się podjąć są tak różne, jak tylko mogą być wojenne rozkazy. Czasem są proste, czasem zaś przyprawiają o ból głowy. Niestety, nadejdzie taki moment, że czołgiści będą musieli podjąć najważniejszą w swoim życiu decyzję, a wszystko na rozstaju dróg, podczas niespokojnego dnia.

Kino Davida Ayera jest inne niż to, czym dotychczas karmił nas reżyser. Z opowieści policyjnych przerzuca nas na rubieże Europy, gdzie każdy skrawek ziemi i kawałek chleba są na wagę złota. Trudno się nie przyzwyczaić do tej piątki gburów, która potrafi jednak uzyskać naszą sympatię. Przez to, że każdy z nich jest inny, a patologiczne zachowania wynikają z tego samego, ze strachu przed śmiercią.

„Furia” to niesamowite zaskoczenie, warto.

Autor: Marudy

Podziel się postem
468 ad