James Wallman - Rzeczozmęczenie - recenzja 1

Zmęczenie rzeczami. Zmęczenie posiadaniem. Zmęczenie „mieć”. Zmęczenie zamieszaniem, które powstaje nad tymi rzeczami. I tak, zarabiam hajs między innymi po to, by wydawać go na rzeczy, na te przyjemności, ale w którymś momencie mojego życia zaczęłam być po prostu zmęczona… Mam „Rzeczozmęczenie”, o którym pisze James Wallman.

James Wallman – Rzeczozmęczenie – recenzja

Bo to jest tak: gdy jesteśmy młodzi, musimy pytać rodziców, czy możemy coś kupić. Albo musimy oszczędzać, gdy oni stawiają sprzeciw. Pamiętam bluzę z adidasa, którą zapragnęłam mieć gdzieś w okolicach 13 lat. Zbierałam na nią i mam ją do dziś. Jest sprana, ale ciągle trzyma kształt. Chodzę w niej ja, moja mama. Mam do niej jakiś sentyment… Ale mam też inną bluzę, też „z logo” i ona tak na mnie nie działa, bo kupiłam ją „bezstresowo”. I skoro już jesteśmy przy bluzach… wiecie, takich klasycznych hoodie, to mam ich kilka. Po co jednej osobie, która zakłada taki ciuch tylko w domu, gdy jest zimno, kilka sztuk tego samego odzienia?

Albo szminki. Mam jedne usta. Kiedyś policzyłam i przysięgam, po czterdziestej szmince zaczęło mi być wstyd. Zaczęłam się tłumaczyć: a bo ta jednak nie kryje tak dobrze, w tym odcieniu różu wyglądam jak ruska lala, ta jest świetna, ale tylko na jesień i w sumie dziwnie pachnie, a ta była droga, więc mi jej szkoda, więc mam zamiennik.

Długopisy, mazaki, ołówki, kredki. To pierdoły, wiem, ale pracując z dzieciakami chce się zrobić im przyjemność, więc mam komodę takich pierdół. Zeszyty? To samo. Teraz zaczynam je zużywać, bo wreszcie wzięłam się za francuski…

T-shirty.
Skarpetki.
Majtki.
Słuchawki.
Lampki choinkowe. Serio. Nie mam choinki. Ale lampki kupuję podczas każdej wizyty w Ikea.

I wiecie co jeszcze?
Ryż. Mam chyba każdy możliwy rodzaj ryżu. Dziki, jaśminowy, Basmati, czerwony, miks białego i czerwonego, białego, czerwonego i dzikiego. Komosę też mam. Pół biedy, że ryż przetrwa długo. Może przetrwa do tego momentu, gdy zacznę lubić jego smak

Sama się zabudowałam wśród tych rzeczy. Na własne życzenie. Bo pojechałam na smuta na zakupy i zapragnęłam mieć coś fajnego. Bo naoglądałam się tych wszystkich blogów i jutubów. Bo przecież ta pierdoła kosztowała 19,99, to żadne pieniądze!

I nie zrozumcie mnie źle: kocham moją kolekcję książek, moją małą, domową galerię plakatów i malunków artystów, których cenię (i na których mnie stać). Kocham zeszyt z limitowanej edycji Moleskine z Alicją w Krainie Czarów i jest mi go szkoda, na – póki co – nieudolne podrywy francuskiego. Kocham moje figurki Funko Pop!, których nawet nie wyciągam z opakowań albo miniatury statków ze Star Wars. W życiu nie będę minimalsem! Ale może spróbuję zapanować nad pewnymi… odruchami.

James Wallman pomoże. Książka „Rzeczozmęczenie” jest właśnie o takich osobach, jak ja. Mamy za dużo rzeczy – i wcale ich nie potrzebujemy. Ba, nigdy nie będziemy ich potrzebowali. Te ubrania, te pierdoły. Te kubki, z których nie napijemy się kawy. Te kiecki, które okazały się zbyt długie/krótkie/luźne/obcisłe, te buty, które były ładne na Kasi Tusk i na nikim innym. Ta biżuteria, której nie nałożę. Te szminki, które mi nie pasują. Wallman w „Rzeczozmęczeniu” pokazuje gdzie tkwi problem. Daje możliwość podróżowania do źródła tego zmęczenia i przy okazji uczy, jak się z niego wygrzebać.

Walczę, serio.
Ostatnio wymęczyłam jedną szminkę. Nosiłam ją po domu, do t-shirta i legginsów. I zrobiłam kotlety brokułowe z ryżem.

„Rzeczozmęczenie” to lektura obowiązkowa dla ludzi, którzy próbują za bardzo, chcą zbyt wiele. Czyta się to świetnie, ja połknęłam tę książkę w jedną, bezsenną noc.

Tagi: James Wallman – Rzeczozmęczenie – recenzja, książki recenzja, recenzje książek, marudzenie, blog popkulturowy, blog marudzenie, blog recenzencki