Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY

Moon

ON:

Kocham SF. Uwielbiam ten gatunek za to, że przekracza granice, pokazuje niemożliwe i rozprawia się w inteligentny sposób z otaczającym światem. To specyficzny rodzaj literatury/filmografii, który dzieli się na wiele podgatunków. Jedne z nich są bardziej zjadliwe, inne to postnaukowa kaszanka, zaprawiana filozoficznym bełkotem. Są tytuły, które nigdy nie powinny się pojawiać i są takie, bez których nie widzę współczesnej popkultury. Jednym z dzieł wyjątkowych jest „Moon” w reżyserii Duncana Jonesa na podstawie scenariusza Nathana Parkera. Obraz ten jest najlepszym dowodem na to, że to nie budżet ma znaczenie, ale pomysł, scenariusz, gra aktorska, atmosfera. Szczególnie tej ostatniej tutaj nie brakuje. 

Kim tak naprawdę jesteśmy? Maszyną, organizmem zasilanym paliwem. Dziełem, które ma swoją żywotność. W pewnym momencie lądujemy w warsztatach naprawczych zwanych szpitalami i tam mechanicy starają się kupić nam jeszcze trochę czasu. Koniec końców wszyscy stajemy się prochem, który miesza się z kosmicznym pyłem.

“Moon” może być odpowiedzią na kilka pytań dotyczących ludzkiej natury, ale i tożsamości. Jednak opisanie scenariusza jest trudne z jednego ważnego powodu: każdy, nawet najmniejszy spojler, może doprowadzić do zniszczenia tego dzieła.

Na Księżycu znajduje się baza firmy wytwarzającej energię. Pozyskiwana jest ona z ciemnej strony naszego satelity. To po niej mozolnie suną mechaniczne olbrzymy, które przesiewają pył i kamień, by w zamian dostarczyć przefiltrowaną, czystą “moc”. Pojemniki te muszą zostać dostarczone do bazy, a następnie wysyłane są małym promem na ziemię. Ponieważ pracy nie jest dużo oraz nie jest ona wybitnie ciężka, to korporacja Lunar Industries zatrudnia w tutejszej placówce tylko jednego pracownika – Sama Bella, a jego towarzyszem jest robot o imieniu GERTY. Kontrakt Sama trwa trzy lata i właśnie dobiega końca. Niestety, nie zawsze wszystko jest okej. Czasem zawodzi łączność, czasem są problemy ze żniwiarkami, czasem po prostu jest zły dzień. Sam odlicza kolejne doby do swojego powrotu, problem zaczyna się w momencie, gdy zaczyna mieć przywidzenia. Pierwszy raz widzi czarnowłosą dziewczynkę w bazie. Zaskoczony całym zdarzeniem ulega lekkiemu wypadkowi. Drugi raz zjawa ukazuje mu się na wewnątrz w pobliżu żniwiarki. Tym razem nie jest już tak dobrze. Szok, może adrenalina powodują, że uderza on w pojazd i traci przytomność.

Sam budzi się w pomieszczeniu medycznym. Przeźroczystymi rurkami do jego żył tłoczone są witaminy, lekarstwa i cały syf, mający postawić go na nogi. Mężczyzna czuje się lekko zagubiony, ale to nie będzie jego największy problem. W pokoju poza nim i robotem znajduje się ktoś jeszcze.

Tak dochodzimy do 1/3 tej opowieści. Tutaj zaczynają padać pierwsze ważne pytania, na które bardzo trudno jest Samowi zdobyć odpowiedź. My zaś obserwujemy tą opowieść z boku, przyglądamy się jej z coraz to większym zaangażowaniem. „Moon” jest kinem bardzo spokojnym. Nie ma tu wybuchów, pościgów i strzelanin, to bardziej kino filozoficzne, to SF starające się wytłumaczyć sens naszej egzystencji. Dlaczego się rodzimy, dlaczego odchodzimy, kiedy tak naprawdę przychodzi nasz czas i czy wszystkie istoty rozumne są sobie równe?

Dla mnie „Moon” jest perfekcyjnym kinem. Całość dopełnia fenomenalna muzyka Clinta Mansel.  Nie ma on sobie równych jeśli chodzi o kompozycje filmowe, w których mają znaleźć się sample oraz muzyka klasyczna. Jeśli wiec macie 97 minut wolnego czasu i kochacie SF, to musicie zabrać się za tę pozycję.

PS. Paulina obejrzała film, ale jednak SF nadal do niej nie przemawia, dlatego pozostawiła mi całą przyjemność opisania dla Was tego wyjątkowego filmu.