ONA:

Ryczę na filmach i niestety – uważam to za wadę ogromną, bo okazuje się, że potrzeba niewielu zabiegów, by w kącikach moich oczu zagościły małe, słone kropelki. W domu to jeszcze nic, wytrę oczy w poduszkę, a smarki w rękaw, ale w kinie, to kapa straszna. Zawsze zaczyna się tak samo. Najpierw kluska w gardle, potem jakby mnie ktoś chwycił za szyję i nie chciał puścić, a zaraz potem zaczyna się to charakterystyczne mrowienie w nosie, a co za tym idzie – pojawiają się łzy. Naiwnie liczę, że gdy przechylę głowę do tyłu, to one jakoś wchłoną i czasami nawet się udaje. Natomiast wiem, że w niektórych momentach lepiej tę łzę „puścić”, niech sobie spływa po policzku. Tylko gorzej, jak nie jest pierwszą i ostatnią łzą, a za nią czai się szloch. Mam kilka filmów, na których wyję bezwarunkowo. Na czele najdłużej stoi „Król lew”, bo kto na tej bajce nie płakał, jest kamiennym bydlakiem, pozbawionym uczuć. Są też „Stalowe magnolie”, które oglądam namiętnie co jakiś czas i po seansie zawsze licytowałyśmy się z mamą, która z nas uryczana jest bardziej. W „Odlocie” wystarczyła mi ta krótka retrospekcja – ale tu zdanie mam jeszcze bardziej ortodoksyjne, niż przy bajce o lwach: kto nie wyje przy tej krótkiej etiudzie o miłości, jest wypraną z uczuć amebą i zdania na ten temat nie zmienię. I nie tak dawno temu do grona bezwarunkowych wyciskaczy łez dołączyła kolejna produkcja…

 „P.S. I love you” to film wyjątkowy. Ponoć jest też książka, ale nie miałam jej nawet w rękach. Może i dobrze, bo z tego co mi zrelacjonowano – wzrusza jeszcze bardziej, niż świetny melodramat Richarda LaGravenese’a, który lubi takie klimaty, a ten film wyszedł mu aż za dobrze. Dzieło zaczyna się od kłótni, w jakże typowym „rozkładzie sił” dla przeciętnego związku, czyli on napierdziela na paszczy, by dojść do tego dlaczego ona jest zła, a ona milczy jak kamień, chociaż jej mimika wyraża więcej niż tysiąc słów. Kiedy już przekraczają próg ich małego „m”, zaczyna się prawdziwa haja i wywalanie wzajemnych złości. Ale jak to bywa w tego typu „układach”, para nie potrafi za długo się na siebie gniewać i już wkrótce rzucają się sobie w ramiona, przerywając kolejne „Przepraszam” salwami pocałunków. Oto oni: Holly (Hilary Swank) i Garry (Gerald Butler) Kennedy. Są małżeństwem już jakiś czas, bo wbrew światu pobrali się gdy tylko przytrafiła się okazja. Ona miała wtedy 19 lat, a on pochodził z Irlandii. Tymczasem teraz, po jakimś czasie, zaczęła ich dopadać pieprzona dorosłość (P.D.), która nie tylko rozbudza oczekiwania, ale i kopie w jajka, nawet, gdy leżymy już na podłodze. Małżonkowie borykają się z ogromem problemów, a P.D. objawia się najczęściej przy pomocy kolejnych rachunków. Trochę stoją w miejscu z wieloma rzeczami. Ale mają siebie, a ich miłość jest przepotężna. Niestety, Gary umiera nagle. Guz mózgu. Szybka sprawa. Holly, która jest totalnie rozchwianą emocjonalnie kobietą, cierpiącą na ostry syndrom „Sama nie wiem czego chcę” zostaje sama. Nie ma obok jej mężczyzny, który swoim urokiem i zawadiackim stylem życia był blaskiem i radością, ale również jednocześnie był silnym ramieniem i ostoją, gdy ją łapał po raz kolejny kryzys. Teraz jest sama. To znaczy są obok niej przyjaciele i rodzina, ale to nie to samo. Zamyka się z urną wypełnioną prochami swojego mężczyzny w ich mieszkaniu i na swój własny sposób przeżywa żałobę. W dniu jej 30tych urodzin ekipa rodzinno-przyjacielska wpada do niej, by w końcu postawić ją na nogi. Względny spokój „imprezy” zakłóca się zjawienie się tortu dla Holly od jej męża. Makabryczny żart? Otóż nie. Garry, w ostatnich chwilach swojego życia postanowił zrobić swojej ukochanej kobiecie „prezent” by ukoić jej ból i sprowadzić ją na nowo do świata. Kobieta ma wypatrywać znaków i ściśle stosować się do wskazówek męża zza grobu, które będą do niej napływać za pomocą listów. Zaczyna się pożegnalna droga Kennedych, której finałem ma być nowe, lepsze życie Holly. Ostrzegam – jest bardzo ckliwie i wzruszająco.

Pomysł na książkę/film jest świetny. Z jednej strony komiczny, z drugiej trochę makabryczny, ale przez to bardzo oryginalny. Mamy tu kilka wątków, kilka epickich monologów (jak np. ten z limitowanymi wersjami kosmetyków), mamy piękne i kolorowe kadry, które pieszczą nasze oczy i właściwie jest cudownie (Butler *serduszka*), poza jednym, małym ale. Hilary Swank wybitnie mi nie podchodzi, a w tej roli jest po prostu irytująca. Każdy aktor, nawet Lisa Kurdow, wypada lepiej niż ona. Ale z drugiej strony, ta kreacja chyba tak miała być skonstruowana, a Holly miała być takim rozdrażnionym babonem.

Hm… „P.S. I love you” to bardzo wzruszające dzieło, podnoszące temat miłości i śmierci, jako niebezpiecznej mieszanki, która może pogrzebać żywcem. Film podany na jednej z „pierwszych randek” może ukazać prawdziwe oblicze kobiety, która albo będzie zimną suką, zupełnie nieskłonną do wywalania z siebie emocji, albo zupełnie odwrotnie, przy czym ostrzegam – jej makijaż spłynie razem z łzami.

ON:

Czym jest miłość? Czy to zjawisko chemiczne? Następujące po sobie reakcje, powodujące, że czujemy się wyjątkowo? W naszym brzuszku latają motyki, a my, będąc blisko kogoś wyjątkowego, nie potrafimy złapać tchu. Może to coś innego? Może to nie chemia, ale po prostu dziki, zwierzęcy instynkt? Ciągnie nas do konkretnej osoby, bo czujemy jej zapach, smak i podświadomie wiemy, że będzie dobrym partnerem do wychowania potomstwa? Może to jeszcze coś innego – może to stan umysłu? Swoista nirwana, uniesienie dające nam poczucie szczęścia i spełnienia. Na to czym jest to uczucie naukowcy i filozofowie starają się znaleźć odpowiedź od momentu, gdy człowiek zszedł z drzewa. Nie ma jednoznacznej definicji określającej ten stan, ale często nasze czyny potrafią nam pokazać, że to właśnie jest TO.

Najgorętsze uczucia to te, które pchają nas do rzeczy niemożliwych, przekraczamy granice, jakie dał nam stwórca, nie boimy się wyzwań, nie są nam straszne mrozy, ogień, nie martwimy się o własne życie i o to, co powiedzą inni. Nasz umysł nie działa racjonalnie, spychając nasze własne dobro i bezpieczeństwo na drugi plan. Czyż nie tak było w przypadku Jesse Custera, który tracąc wiarę w boga, przemierzał Stany, aby odszukać jedną jedyną ukochaną – Tulip. Podczas swoistej krucjaty nie zważał na to, co dzieje się dookoła niego, wielokrotnie narażał własne życie, aby dotrzeć do swojej połowy. Jego miłość to uczucie pełne, kompletne. Widać to podczas retrospekcji, pojawiających się wiele razy podczas całej podróży. Nawet najgorsze to, co ich spotka nie zabije tego, co jest między nimi. Podobnie jest w starym, ale wiecznie żywym „Uwierz w ducha”. Siła uczucia, jaką darzy swoją ukochaną Sam Wheat, pokonuje nawet śmierć. Ile to już pokoleń kobiet siedząc na kanapie w ciemnym pokoju ocierało łzy z policzków marząc o takim miłości, mimo, że dramatycznie urwanej, to pełnej, soczystej, prawdziwej. O poświęceniu opowiada opisywany jakiś czas temu „Pamiętnik”. W filmie tym zakochany i oddany na wieki swej żonie Noah jest dla niej nawet wtedy, gdy cierpi na starczą demencję i nie pamięta niczego. Poświęca kolejne dni na to, aby ją odzyskać. W pewnym stopniu mu się to udaje. Wiadomo, że jeśli kogoś kochamy, to jesteśmy z nim na dobre i na złe. „Przełamujemy fale”, co bardzo dobrze widać w przypadku Bess McNeill, która jest w stanie poświęcić się całkowicie dla sparaliżowanego na skutek wypadku męża. Film von Teriera, to analiza małomiasteczkowości, jakiej przeciwstawia się jedna dziewczyna. Spełnia niedorzeczne zachcianki męża, jest na każde jego zawołanie w imię miłości, ale nikt z jej otoczenia nie zdaje sobie sprawy, że jej zachowanie spowodowane jest życzeniem ukochanego. Małomiasteczkowość to problem, jaki napotkały bohaterki „Fucking Amal”, a reżyser Lukas Moodysson porusza w nim problem dość trudny, bo homoseksualizmu. Mała mieścina, gdzie czas płynie inaczej i dwie dziewczyny, których ciała rozpalone są uczuciem nowym i nieznanym.. Elin i Agnes to nastolatki, które mają cała masę własnych problemów (szkoła, rodzice), a do tego dochodzi coś, co dzieje się w ich sercach. Wszystko rozpoczyna się jak zabawa, niewinny pocałunek, a kończy… Homoseksualizm jest w kinie swego rodzaju tabu. Kiedy pojawiła się „Tajemnica Brokeback Mountain”, bojówki kościelne piętnowały tą opowieść. Zaklejanie plakatów, zdzieranie ich ze słupów, nagonka w katolickim radiu. Dlaczego? Bo film opowiada o miłości pomiędzy dwoma mężczyznami, na dodatek w czasach, gdy w USA, wiele tematów było bardzo, ale to bardzo tabu i godziły one w „zdrowe uczucia”. Dlaczego Harvey Milk (fantastyczna rola Seana Penna) został zamordowany? Bo kochał inaczej i nie krył się z tym. Historia jego życia, to historia miłości innej, ale nie oznacza to, że gorszej. Z takimi fobiami i ich piętnowaniem walczył „Skandalista Larry Flint”, ale czy byłby takim człowiekiem, gdyby nie jego ukochana Althea Leasure? Ich związek jest toksyczny i jednocześnie cholernie wyzwolony. Pomimo problemów, w najtrudniejszych chwilach Althea stoi przy łóżku Larrego, gdy ten stara się kurować po zamachu na jego życie. Z drugiej strony za swoje uczucie zapłaciła jedną z najwyższych cen. Wracając jeszcze do trudnych związków, fantastycznie temat ten pokazał Kevin Smith w „Pogoni za Amy”. Wyobraźcie sobie, że spotykacie kobietę swojego życia, spędzanie razem fantastyczny wieczór, a na koniec dowiadujesz się, że jest ona homo. Co możesz zrobić? Powiedzieć „fuck it” lub starać się zmienić jej przekonania. To tak naprawdę film dialogów – Holden stara się „poderwać” Alyssę. Każda ich rozmowa, czy spotkanie to specyficzny smaczek, który pozwoli nam się rozkoszować poznawaniem innego typu miłości. Jest jeszcze jeden film „P.S. Kocham Cię”. Może jestem miękki, ale historia, jaka zaserwował nam Richard LaGravenese i Steven Rogers, to wyrywacz serc. Wierzyć się nie chce, że człowiek wymyślił tak wspaniałą opowieść. Gerry Kennedy to szczęśliwy mąż Holly. Oboje szaleją na swoim punkcie, każdy dzień jest inny, a jednocześnie taki sam. Jest też wyjątkowy, ponieważ mają siebie. Wspólnie kroczą przez życie, aż do dnia, kiedy okazuje się, że on ma guza i pozostawia swoją ukochaną samej sobie. Jego śmierć jest szybka, nieoczekiwana i bolesna. Holly nie jest sobie w stanie poradzić z tym, co ją spotkało, w każdym kącie widzi rzeczy ukochanego, widzi jego osobę. Wącha poduszki, jego koszule i wypłakuje oczy. Aż pewnego dnia otrzymuje list od swojego męża. List, w którym zaczyna z nią swoisty dialog i każe jej zrobić masę przeróżnych rzeczy. Kobieta nie jest pewna, czy to głupi żart, a może coś innego, ale zaczyna stosować się do uwag zawartych w wiadomościach. Każdą z nich ukochany kończy tak samo: „P.S. Kocham Cię”. To naprawdę piękna historia o tym, jak daleko może się posunąć kochająca nas osoba. To wyciskacz łez. Nie tylko kobiecych. To opowieść smutna, a jednocześnie bardzo ciepła i pełna pozytywnych przesłań. Dla mnie dzieło wyborne. Widzimy przemianę, jaka zachodzi w Holly, która pod wpływem listów zdobywa się na rzeczy, jakich by nigdy w życiu nie zrobiła, a wszystko dlatego, że jej facet kochał ją tak, jak nikt nie kochał we współczesnym kinie.

Miłość, tak jak i zemsta, może prowadzić do cierpienia i do łez. Miłość potrafi boleć (tak przecież śpiewał Nazareth), czasami doprowadzić do rozlewu krwi, jak było w dramacie Szekspira. Ale gdy trafimy na kogoś, kto jest naszą drugą połową i pomaga w każdej chwili i momencie naszego życia, to nie musimy się niczego obawiać. Ja nie muszę.