Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

Baner FILMY RECENZJA

Rock the Kasbah

ON:

Świat muzycznej rozrywki jest popieprzony. Menadżerowie i łowcy talentów nie wyszukują już zjawiskowych głosów i umiejętności, tylko produkują kolejne muzyczne twory. Pop stał się bagnem, w którym pływa sobie Bieber wraz z innymi artystami jego pokroju. Kiedy ja miałem 10 lat królem popu był MJ, do tego gatunku zaliczano Collinsa i wielu innych. Nie jestem wstanie zrozumieć, dlaczego młode laski potrafią ściągnąć sobie majtki przez głowę dla kolesia, który z muzyką i sztuką nie ma za wiele wspólnego. Może dlatego w tym świecie nie ma miejsca dla emerytowanego menadżera Richiego Lanza. 

Można powiedzieć, że facet osiągnął już zawodowe dno. W miejscu, w którym się znalazł – nie ma już chyba nic. Taka trochę równia pochyła, pozwalająca stoczyć się do samego końca. Potem jednak staje się mały cud. Podczas trasy koncertowej, odbywającej się po Afganistanie, a dokładniej po amerykańskich bazach wojskowych, które się tam znajdują, dochodzi do spotkania. Na drodze menadżera pojawia się Salima, dziewczyna o niesamowitym głosie. I tutaj zaczyna się wyzwanie. Richie chce ją przekonać do wystąpienia w “Afghan Star”. Nie jest to jednak tak proste, jakby się wydawało.

W obrazie tym mamy tak naprawdę dwie opowieści. Jedna skupia się na tym jak szalona i popieprzona jest branża muzyczna, druga zaś opiera się na różnicach kulturowych, jakie dzielą dwie nacje. Niestety, to, co sprawdziło się w „Między słowami”, tutaj wypadło bardzo słabo. I chociaż Murray stara się jak najlepiej wcielić w rolę zgryźliwego, znudzonego życiem i pracą faceta, to nadal jest tego za mało, aby ten obraz był niesamowicie wciągający. Czegoś tutaj brakuje. Czegoś, co trzymałoby całość za jaja i powodowało, że ten film będzie niesamowity. Szkoda, bo naprawdę oczekiwałem czegoś więcej. Liczyłem, że pozostanie w głowie na dłużej i do czego z przyjemnością wrócę za jakiś czas. Niestety, to nie ten rodzaj kina. Jeśli chcecie Billa Murraya w podobnym tonie, ale z dużo lepszą kreacją to zobaczcie opisywany jakiś czas temu „St. Vincent”.

ONA:

Na świecie funkcjonuje wiele pewników. Temperatura w jakiej wrze czy tam topnieje woda. To, że słońce wschodzi i zachodzi. To, że kobiety lubią drani. To, że Bill Murray jest gwarantem dobrego filmu.

A nie, jednak nie. To, że Murray gra w jakieś produkcji, wcale nie oznacza, że jest ona dobra. Niestety.

Oczywiście to nie jest tak, że Murray zawodzi. Jest świetny! Bawi, ma cięte riposty i bardzo ciekawe spojrzenie na otaczający go świat. Świetnie go komentuje i jest bohaterem, z którym szybko zaczynasz trzymać sztamę.

Ale co z tego, jak fabuła filmu jest po prostu nudna.
Założenie było świetne. I jest nawet kilka fajnych momentów. Jest fajna obsada, bo gra tu nie tylko Bill Murray, ale też Bruce Willis, Kate Hudson i Zooey Deschanel. I wszyscy oni zagrali świetnie. Moje nastawienie było takie bardzo „Wow! Wow!” i chyba przez tydzień nuciłam piosenkę z tytułu. Film oglądało mi się początkowo ze skrajną ekscytacją, która niestety, zaczęła zdychać, by wreszcie skonać w mękach.

To trochę komedia, trochę film drogi, trochę pastisz tego, co tak szumnie nazywamy „szoł biznesem”. Tylko w pewnym momencie całość zaczyna się ciągnąć. Pojawia się oczywistość, nuda, szablonowość. Zero zaskoczenia, zero przyjemności z przyglądania się fabule, a sam Murray nie jest w stanie unieść tego filmu.

Zdecydowanie wolę The Clash.