ONA:
Podejrzewam, że produkcji romantycznych nie lubię z dokładnie tych samych powodów, co filmów sci-fi. Po prostu nie robi to na mnie zbyt dużego wrażenia plus w obu przypadkach najbardziej zawodzi mój logiczny, analityczny umysł. No ciężko mi sobie wyobrazić i penetrację odległych zakamarków kosmosu, i to całe zakochiwanie się od pierwszego wejrzenia i całowanie w deszczu. Ale ze wstydem przyznaję, że w obu przypadkach mam swoich ulubieńców. O moich sci-fi perełkach pisałam już kilka razy. Dziś wychodzi na to, że trzeba poświęcić trochę cyberprzestrzeni na jedną z najpiękniejszych i najtragiczniejszych historii miłosnych, którą poznałam trochę od dupy strony. Dziś – „Romeo i Julia”…
Miałam jakieś 11 lat, kiedy będąc z rodzicami na wakacjach trochę przypadkowo wylądowałam w kinie na tym filmie. Przypadkowo dlatego, że ja po prostu chciałam iść, oderwać się na chwilę od piachu i zapachu smażonych ryb, a że to była mała mieścina, to w kinie grali może ze dwa filmy. Jednym z nich była ta współczesna wersja tragedii Szekspira, za ekranizację której wziął się Baz Luhrmann, praktycznie debiutujący reżyser. I zrobił to tak brawurowo, tak cholernie dobrze, że podejrzewam, iż sam dramaturg poklepałby go po ramieniu, jeśliby żył.
Wszystko dzieje się na ulicach współczesnej Werony (Verona Beach na Florydzie), gdzie od lat rządzą dwie rodziny, które oczywiście się szczerze nienawidzą. Za każdym razem, gdy członkowie obu familii stają na przeciw siebie, zaczyna się afera… Ale na podwalinach tej nienawiści zakiełkuje najpiękniejsze uczucie, do którego skłonny jest człowiek, bowiem Romeo Montecchi (Leonardo Di Caprio) zakochA się absolutnie, od pierwszego wejrzenia i do tego ze wzajemnością w pięknej Julii Capuleti (Claire Danes)… Ale wszechświat nie sprzyjał temu uczuciu. Jaki jest finał tej historii – wiemy wszyscy…
Nie jestem w stanie mówić o tym dziele inaczej, niż w samych superlatywach. Poważnie. Ono dla mnie nie ma ani jednej wady, ba – w wielu kwestiach podaję go jako jedną z najbardziej intrygujących i najważniejszych produkcji, które powstały w świecie filmu. Już samo to, że ktoś wziął się za ekranizację najsłynniejszego dramatu wszech czasów i pozostawił w nim każde słowo sprzed setek lat, dopasowując go do współczesnych realiów miażdży mi głowę. Kiedy aktorzy grają w filmach często improwizują. Ponoć mistrzem olewania scenariuszy jest Bill Murray. A tu? Tu nie było miejsca na zmianę słów, szyku i innych zabaw, byleby tylko sens przetrwał. Tu teksty lecą praktycznie jota w jotę jak z dramatu, który powstał prawie 4 wieku prędzej! Dla mnie to klasa. A dopasowanie miejsc, osób, dialogów i „okoliczności” – rewelacja. Idźmy dalej: obsada. Już abstrahując od młodego Leo, który w tym filmie pokazał, że jest świetnym aktorem, mnie ujęła niewinność C. Danes, a także Pete Postlethwaite, który wcielił się w rolę ojca Laurence’a oraz Harold Perrineau jako Merkucjo. Zresztą, każda z postaci, którą wykreował na potrzeby swojego filmu Luhrmann, była świetna. Każda, nawet te najbardziej poboczne. Razem stworzyły nieco przerysowany obraz, ale i tak to wszystko miało sens! Dwa rodzinne gangi, ludzie i krewni, przyjaciele, bliscy i dalsi, a do tego ambicje, honor, emocje. No i miłość. Miłość wyhodowana na nienawiści, miłość, dla której poświęcało się wszystko i wszystkich. Miłość tragiczna, zbyt silna, zbyt bardzo napiętnowana.
A co domyka perfekcję tego dzieła? Muzyka. Moim zdaniem soundtrack jest jednym z najlepszych, jakie kiedykolwiek powstały pod filmy. Świetnie zgrany i dopasowany z fabułą, podbijający emocje i zaskakujący. Jak będziecie oglądać ten film, zwróćcie uwagę na te wszystkie maleńkie detaliki, które pojawiają się w dziele. Z każdym kolejnym seansem odkrywam je i utwierdzam się w przekonaniu, że mimo lekkiego kiczu, którym trąci lurhmannowska ekranizacja – jest to zachwycający film, warty obejrzenia.
