ON:

Simpsonowie, rodzina śmiesznych ludzików mieszkających w Springfield, gości w domach na całym świecie od ponad 20 lat. Pierwsze filmy z Bartem pamiętam z dawnych czasów, gdy raz w tygodniu emitowano jeden odcinek. Uwielbiałem ten humor, który jest trochę lżejszy od tego, jaki pojawia się w „Family Guy”, ale nadal jest to górna półka dowcipu. Rodzinka ze Springfield doczekała się między innymi własnej serii klocków LEGO, kilku gier oraz filmu kinowego. To właśnie o nim będzie dziś mowa.

„The Simpsons Movie” jest opowieścią, która ma śmieszyć, uczyć i moralizować. Ale nie robi to w sposób znany z kościelnej ambony, czy z radia ojca R. Tutaj wszystko jest niepoprawne, nawet nauki. Właśnie dlatego tak bardzo kochamy filmy o Homerze, Barcie i ich całej rodzinie.

Wszystko zaczyna się od koncertu Green Day, który odbywa się na jeziorze znajdującym się w rejonach miasteczka Springfield. Impreza ta miała poruszać problem zanieczyszczenia, ale publika bardzo szybko pokazała, jak daleko w dupie ma dobro przyrody. Jedyną osobą, która wykazuje zainteresowanie problemem, jest Lisa Simpson.

Przenieśmy się teraz do innego miejsca. W kościele, podczas żałobnej mszy dziadek Simpson ma wizje. Rzuca się po podłodze, ślini i targa dwa ostatnie włosy z głowy. Przepowiednia, którą przekazuje wszystkim, jest jednak bardzo enigmatyczna: mowa w niej o wielu oczach, zakręconym ogonie, końcu świata i EPA. Wszyscy olewają dziwaczne zachowanie dziadka do momentu, w którym w domu Simpsonów pojawia się mała świnka. Ten uratowany przed rzezią prosiaczek stał się ulubieńcem Homera. Razem zaczynają spędzać cały wolny czas.

Życie w Springfield płynie sobie spokojnie. Władze wreszcie zdały sobie sprawę z tego, jak bardzo zagrożone jest środowisko naturalne, po tym jak do jeziora wpadła wiewiórka, a wylazł wielooki potwór. Rozpoczęto kampanię informacyjną, a wokół zbiornika wodnego postawione betonowe, idiotoodporne ogrodzie. I pewnie wszystko byłoby w porządku, gdyby nie jeden mieszkaniec tej spokojnej mieściny – Homer Simpson. Tylko on wpadłby na pomysł wrzucenia do zbiornika z wodą całego silosu świńskiego gówna, tylko on zrobił to dlatego, że śpieszył się na darmowego pączka, tylko on ma tak wyjebane na wszystko lub po prostu jest tak głupi.

W miasteczku skażenie przerosło wszelkie granice. Rząd USA nie ma innego wyjścia, jak odgrodzić Springfield ogromną kopułą, której nie można zniszczyć, kopułą mającą zatrzymać wszystkich w tym siedlisku zła.

Oczywiście, to dopiero początek opowieści, która ma na celu nabijać się ze wszystkiego i wszystkich. Chamski humor jest tutaj bardzo inteligentnie wpleciony w całą historię i obnaża wszelkie ludzkie przywary. Wspomniane miasteczko równie dobrze mogłoby znajdować się w każdym innym kraju, bowiem niezależnie od tego na jakiej długości i szerokości graficznej żyjemy, to człowiek ma bardzo podobne wzorce zachowań. Może właśnie dlatego Simpsonowie od tak wielu lat bawią widzów na całym świecie? „The Simpsons Movie” obejrzeć trzeba.

ONA:

Kreskówki, nawet te „niepoprawne” typu „South Park”, znudziły mi się dość szybko. Okej, potrafiłam mieć dzień, a właściwie noc, podczas której łykałam cały sezon, ale to były jednorazowe zrywy. Mnie ten humor bardzo śmieszy i bawi, ale i męczy na dłuższą metę… Ale jest jedna animacja, której nie odmawiam nigdy. Są to „Simpsonowie”, czyli przygody rodziny tak tragicznej, że zaczniesz doceniać swoją.

Simpsonowie to: pokraczny i lekko przygłupi Homer, jego żona Marge – ostoja rozsądku w tej rodzinie oraz trójka ich dzieci – Bart, Lisa i Maggie. Tworzą oni dość specyficzną familię. Mieszkają na przedmieściach malowniczego Spriengfield, ale problemy mają bardzo przeciętne – takie jak wszyscy. No ok, prawie takie jak wszyscy. Homer pracuje w elektrowni jądrowej. Marge zajmuje się domem i wychowywaniem dziećmi, bo ona jako jedyna w tej rodzinie jest „dojrzała”. Bart to łajza, klasyczny ADHDowiec, który nie potrafi usiedzieć na tyłku i oddać się klasycznej nudzie. Lisa gra na saksofonie i jest totalną aktywistką na rzecz środowiska i zwierząt. Oczywiście przeżywa też swoje pierwsze „miłostki”, a w domu wszyscy mają ją gdzieś. No i Maggie, która jest małym berbeciem ze smoczkiem, a intelektem przebija własnego ojca. Względny spokój rodziny zostaje totalnie zaburzony, gdy Homer przytaszcza do domu świniaka i postanawia, że różowe i chrumkające zwierzę z nimi zamieszka. Marge przeczuwała, że skończy się to źle i tak też się dzieje. Niezbyt ogarnięty Homer wywala „silos” z świńskimi odchodami do jeziora. I tak zaczyna się ekologiczna tragedia, która mieszkańców miasteczka skazuje na wieczne potępienie. Simpsonowie ledwo uchodzą z życiem, kiedy okazuje się przez kogo nastąpiła ta katastrofa. Udaje się im zwiać na Alaskę, gdzie próbują ułożyć sobie życie od nowa. I wtedy dowiadują się, że Springfield ma zostać zrównane z ziemią. Homer oczywiście ma to w dupie, ale Marge i dzieciaki postanawiają uratować mieścinę i mieszkańców.

„Simpsonowie” to już klasyka wśród animacji. Podejrzewam, że nawet w amazońskiej głuszy ją znają. Gwiazdy biły się o „role” lub chociaż dubbing, a scenarzyści zachwycali kreatywnością w tworzeniu kolejnych historii. Kiedy gruchnęła wiadomość, że Simpsonowie wchodzą na duży ekran – fani byli obsikani z radości. Szum, wokół tej produkcji, przeszedł wszelkie wyobrażenia i wiecie co? Warto było. W wersji filmowej ta zakręcona rodzinka nadal jest rewelacyjna! Ja kulam się ze śmiechu za każdym razem, gdy widzę to dzieło i uwielbiam te wszystkie smaczki, które udaje mi się wyłapać. To szalenie charakterna, nieco sarkastyczna i cyniczna produkcja, którą o wiele lepiej zrozumie widz dorosły, niż opryszczony gimbus. Bo oczywiście nie muszę wspominać, że to nie jest dzieło dla dzieci?

Film jest wypełniony żartami i dość konkretnym humorem, który mi pasuje bardzo. To animacja dla dorosłego widza, bo on wyssie z niej wszystko to, co najlepsze. Stawiam ją ponad każdą bajkę, która weszła na ekrany kin w ostatniej dekadzie.