Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY RECENZJA

Showtime

ON:

Po kilku dniach z kinem kryminalnym, z ciężkimi filmami o mordercach, postanowiliśmy zrobić sobie mały reset. Szukaliśmy komedii, czegoś lekkiego i jednocześnie śmiesznego, aby rozerwać nasze zapracowane głowy. Trafiło na „Showtime” – komedię kryminalną z 2002 roku.

Jako dzieciak ery VHS-ów spodziewałem się czegoś na kształt świetnych, będących już klasykiem „48 godzin”. Połączenie dwóch różnych charakterów, dodanie do tego wątku sensacyjnego, a na koniec odrobiny bezpardonowego humoru było przepisem na sukces w 1982 roku. Dwadzieścia lat później niejaki Tom Dey postanowił zmierzyć się z podobną mieszanką. Niestety, coś mu nie wyszło i pomimo dużych nazwisk – De Niro i Murphy, otrzymaliśmy film co najwyżej średni. Dlaczego? Ponieważ brakowało w nim tego, co w latach 80-tych poprzedniego wieku nazywało się „miodnością. „Showtime” przegrywa z tamtą produkcją na każdym kroku, a szkoda.

W filmie Toma Deya główne skrzypce grają dwaj gliniarze. Detektyw Mitch Preston – twardy, wyrafinowany śledczy oraz Trey Sellars – typowy krawężnik, który wolne chwile spędza na lekcjach aktorstwa. Pewnego dnia ich drogi się przeplatają. Dokładniej mówiąc Trey rozpieprza pułapkę zastawioną przez Prestona na handlarzy narkotyków. Wszystko nagrywane jest przez jakąś ekipę lokalnej stacji telewizyjnej i to jest największym problemem. Po nieudanym pościgu rozdrażniony Preston rozwala kamerę dziennikarza i to jest jego gwóźdź do trumny. Stacja domaga się od jednostki policji ogromnego odszkodowania, chyba że niepokorny glina zgodzi się na występ w telewizyjnym show o policjantach. Producentką programu jest ambitna Chase Renzi, która ma zamiar na tym programie postawić podupadającą stację na nogi.

Oczywiści współpraca na linii Preston-Sellars nie układa się za dobrze. Doświadczony glina ma dość całej zabawy, ale wie, że musi wypełnić warunki umowy inaczej departament pójdzie z torbami. Skoda tylko, że zabrakło „jaja”. Film ma kilka momentów, które ratuje De Niro. Murphy gra śmiechawego clowna, który podryguje przed kamerą i nic nie wnosi do filmu. Już dawno poza nim jest genialny Axel Foley, który wylądował na 78 pozycji 100 najbardziej charakternych postaci filmowych wszech czasów.

Jak dla mnie film na jeden raz, ale nie ma spiny, aby go obejrzeć. Lepiej wrócić do sprawdzonych klasyków.

ONA:

Eddie Murphy to aktor, którego fenomenu nie potrafię zrozumieć. Zupełnie. Bawi mnie mniej więcej tak samo, jak borowanie zębów, atak kamicy nerkowej, depilacja woskiem miejsc frywolnych i oglądanie pamiątki z mojej Pierwszej Komunii. Nie trawię kolesia. Nie śmieszy mnie, nie bawi, jest beznadziejnym aktorem w ogóle, a komediowym? Nie rozumiem tego. Gra zawsze tak samo – źle. A filmy z nim może i w niektórych przypadkach należą do „klasyków”, ale… mnie to nie bierze.

Niestety, zgodziłam się na obejrzenie filmu z nim. Trochę dlatego, że partnerował mu Robert De Niro. Niestety, „Showtime” okazał się kompletną stratą czasu. Ten film jest nudny, nieśmieszny, ogląda się go z narastającą goryczą i poczuciem irytacji. Okazuje się, że nawet tak błahy i wielokrotnie wałkowany temat, jakim są filmy „policyjne”, da się wzorcowo zmaścić.

„Showtime” pochodzi z 2002 roku, kiedy to trwał boom na wszelkie realityshows. I właśnie między innymi o tym jest to dzieło. Mamy dwóch gliniarzy: Trey’a (E. Murphy), któremu marzy się wielka sława i bycie gwiazdą z ekranu, nawet tego małego, no i jest też Mitch (R. De Niro), który jest jego kompletnym przeciwieństwem. On ceni spokój, lojalność i życie z dala od gapiów. W wolnych chwilach lepi nocniki z gliny. Obaj panowie zostają „wrobieni” w realityshow o policjantach. Trey sika pod siebie z radości, a Mitch wścieka się i irytuje coraz bardziej. Ekipa telewizyjna planuje towarzyszyć policjantom w każdym momencie ich dnia, zarówno w tej części zawodowej, jak i prywatnej. Wszystko można odpowiednio ubarwić i przerobić na zieloniutkie i pachnące dolary. Wiadomo, co sprzedaje się najlepiej.

I teraz napiszę Wam dlaczego moim zdaniem ten film jest zły. Przede wszystkim dlatego, że jest zupełnie nieśmieszny. Nie ma w nim ani jednego zabawnego momentu. Kąciki ust podniosą się Wam dopiero przy napisach końcowych, z radości, że ta kupa się zakończyła. Ten film boli. Jest nudny, przedłużający się i obdziera z nadziei, że może być lepiej. Ma durną fabułę, a Murphy w nim po prostu drażni. Chwile, w których to on jest na ekranie, sprawiają, że macie ochotę rzucać telewizorem. W tym filmie obnażone są jego wszystkie wady. Aktor z niego marny i tu to widać. Na dodatek swoim skretynieniem odciąga uwagę od De Niro czy np. Rene Russo. Wszystko jestem w stanie wybaczyć komediom, jeśli są one zabawne. Rozumiecie? Dowcip jest kluczem do sukcesu. Tu nie ma nic. „Showtime” to marnotrawstwo 95 pieprzonych minut z życia, które można było poświęcić na obserwowanie jak rośnie trawa (w szafie).