ON:
O filmach Mela Brooksa można powiedzieć, że śmieją się z wszystkiego. On sam podobno uważany jest w branży za ekscentryka i dziwaka. Jego komedie pełne są dziwnego, pokracznego humoru, który prześmiewa oryginalne scenariusze. Brooks miał filmy lepsze i gorsze. Kocham jego „Facetów w rajtuzach”, ale pierwszym dziełem, które przyszło mi obejrzeć były „Kosmiczne jaja”. Filmidło szalone.
„Spaceballs” łamie wszelkie zasady i nabija się z wszystkiego co święte. „Gwiezdne wojny”, „Alien”, „Star Trek”. Wierni fani mogą się poczuć oburzeni, gdyż dowcip Brooksa nie zawsze jest smaczny. Trzeba przyznać, że głównym protoplastom, któremu dostaje się najbardziej, są „Gwiezdne Wojny”. Przekręcona i naciągnięta opowieść czerpie garściami z historii Lucasa.
“Największym” złym jest Lord Mroczny Hełm, mały człowieczek z dużą główką. Przewagą jego jest umiejętność władania „szmorcą”, bowiem „szmorc” pomaga w wielu sytuacjach. Przy jej pomocy można udusić człowieka, złapać go za jaja i ogólnie doprowadzić do jego cierpienia. Hełma wszyscy się boją, bo jest wredny i nieobliczalny. Jego zadaniem jest wyssanie całego tlenu z planety Druidia. Aby dokonać niecnego planu posuwa się do porwania córki władcy – księżniczki Vespy. Ta rozkapryszona dama może doprowadzić do szału każdego nawet takiego twardziela i zakapiora jak Lord Hełm.
W międzyczasie Król Roland z Druidii postanawia skontaktować się z kosmicznym zawadiaką i bohaterem do wynajęcia, niejakim Lone Starrem. Lone Starr podróżuje po galaktyce w pojeździe przypominającym wóz kempingowy, a jego towarzyszem jest Barf, pół człowiek, pół pies. Po szybkich negocjacjach ta nietypowa dwójka wyrusza na pomoc księżniczce. Udana akcja ratunkowa i późniejsza ucieczka pozwalają na zwiedzenie pustynnej planety, która kryje więcej tajemnic, niżby się zdawało. Przede wszystkim spotkają tam mistrza Yogurta, który wyjaśni im czym jest „szmorc”.
Dzieło to nie ma głębszej fabuły. Zasada jest prosta: zły bohater porywa księżniczkę, dobry wyrusza na jej odbicie, a później następuje masa komplikacji. Trzeba przyznać, że Brooks znalazł świetną delikatną granicę pomiędzy ogromnym kiczem a abstrakcyjną komedią. Każda z ważnych postaci występujących w „Gwiezdnych Wojnach” ma tutaj swojego odpowiednika. To dzieło, które nie podejdzie każdemu. Poza tym po tylu latach „Kosmiczne jaja” lekko już trącą myszką. To klasyk, ale tylko dla fanów i to na dodatek tych, którzy mają swoje lata.
ONA:
W trakcie tego tak zwanego „dojrzewania” człowiek zmienia się nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Zmienia się sposób myślenia, zmieniają się smaki, zachowania. Zmienia się też gust. To już nawet nie chodzi mi o to, że gdy mamy te 5 lat to wolimy lizaki, a chłopcy są zawsze „Fuj”. Ja na przestrzeni ostatnich 10 lat zmieniła się diametralnie. Błyszczyki wymieniłam na szminki, trampki na obcas, a marzenia na fakty. Nawet filmy wybieram zupełnie inne niż te, które wolałam dekadę temu. Paulina lat 18 uwielbiała durne komedie – i im bardziej abstrakcyjne one były, im bardziej humor był skretyniały i durny, tym bardziej mi one siedziały. Teraz wybieram żart inteligentny, cięty, sarkastyczny. Kiedyś dzieła spod z linii produkcyjnej zwanej „Mel Brooks” były idealne. Teraz – słodki jeżu, jak się męczyłam.
To nie o to chodzi, że zmieniło się moje poczucie humoru. Inaczej – ono ewoluowało. Dalej mnie wiele rzeczy bawi, ale pewne gagi, żarty przypominają mi gimnazjalistów. Oni też na ogół chcą być fajni, a wychodzi im to różnie. Może gdyby „Kosmiczne jaja” nie dotykały bezpośrednio mojej świętości, mojej religii, to trochę bardziej potrafiłabym wyluzować się i całkiem możliwe, że film by mi się spodobał. No niestety, nie spodobał. Moje znudzenie i irytacja doprowadziły mnie do ostateczności – film leciał w tle, a ja robiłam sobie domki w Simsach.
Oczywiście „Kosmiczne jaja” są niczym innym jak parodią „Gwiezdnych wojen”. I o ile jestem w stanie odróżnić dobry pastisz od złego, jak również rozumiem ideę tworzenia takich wariacji i wersji komediowych, tak ta konkretna nie podobała mi się bardzo. Nie chce mi się nawet wyjaśniać co mnie drażniło, co wkurzało, co mi się nie podobało. Enigmatycznie mogłabym powiedzieć, że wszystko. No okej, humor jakiś tam był, ale ileż razy można śmiać się z tego samego?
Mam kilka ulubionych pozycji z szerokiego resume, w którym palce maczał Mel Brooks. Jedno jest pewne – co bym nie mówiła o poziomie jego dzieł, na ogół są one gwarancją jakiegoś tam humoru. Raz lepszego, raz gorszego – ale on zawsze jest. Ta produkcja jest wyjątkiem. No przynajmniej, jeśli o mnie chodzi.
Tak jak katolicy burzą się, gdy ktoś kpi z bozi/papieża, a muzułmanie, gdy ktoś maluje karykaturę Allaha, tak ja nie do końca odnajduję się w robieniu pośmiewiska z jednego z moich ulubionych filmów EVER. Tyle ode mnie.
