Telltale Games urzekło mnie „The Walkig Dead”, które stanowiło pewną nowość w dziedzinie gier przygodowych. Inna niż w przygodówkach mechanika, bazująca na licencji historia i niezły klimat spowodowały, że wielu graczy uznało ten tytuł za bardzo innowacyjny i przełomowy. Idąc za ciosem studio zabrało się za opowieść o Wilku z „Baśni”, a następnie za historię ze świata „Gry o Tron” oraz „Borderlands”.

To właśnie „Tales from the Borderlands” „zjadło mi” kilkanaście godzin ostatniego weekendu. Gra czekała na swoją kolej, a dokładniej na premierę ostatniego epizodu, który pojawił się 20.10.2015 roku. Z racji posiadania przepustki sezonowej, mogłem go ściągnąć bez dodatkowych opłat, ale nawet bez niej zakup gry nie wiąże się z ogromnymi kosztami. Każdy z odcinków to cena trzech dobrej jakości piw.

Telltale Games nie odkrywa w „Opowieściach” koła na nowo. Mamy identyczny, jak w „The Walking Dead”, system kierowania, walk, eksploracji i rozmów. Wiele naszych zachowań ma podobno wpływ na innych bohaterów i osoby, które przyjdzie nam spotkać podczas podróżym, ale nie dajmy się zwieść. Podobnie jak we wspomnianej grze o zombie, nie jest to do końca prawda. Oczywiście, pewne wybory zablokują nam możliwość wybrania niektórych postaci „do ostatniej misji”, ale poza tym nie zauważyłem innego wpływu na całą historię.

„Tales from the Borderlands” różni od poprzedniczek to, iż mamy do czynienia z komedią. Bazująca na niezłym FPS-ie przygodówka przesiąknięta jest korporacyjnym humorem, gagami w klimacie klasycznych filmów komediowych i innymi smaczkami, które pojawiają się co jakiś czas na naszym ekranie. Nasz bohater zowie się Rhys. To pracownik Hyperiona. Jest kolesiem, który marzy o tym, aby wejść na szczyt korporacyjnej drabiny. Pomimo tego, że jest corposzczurem, ma swoich dwoje przyjaciół, którzy zawsze staną za jego plecami. Rhysa poznajemy w dniu, w którym miał osiągnąć awans. W biurze szefa okazało się jednak, że kto inny siedzi na stołku bossa – ktoś, kogo nasz bohater bardzo nie lubi. Szybka wymiana zdań pokazuje kto jest kim w „tym związku”, a nasz dobrze zapowiadający się dzień okazuje się największym gównem świata. Jedyne co nam pozostaje to zemsta. Potrzebujemy do niej: 10 milionów dolarów, czarnej limuzyny, oraz wizyty na Pandorze. Najgorsze jest to, że to dopiero początek, a kolejne wydarzenie pokażą Rhysowi, jak maleńkim trybem jest w korporacyjnej maszynie, jednocześnie dowie się on, że poza korporacją są jeszcze inne miejsca, w których dzieje się wiele naprawdę ciekawych rzeczy.

W grze Telltale Games uświadczymy wszystko, zaczynając od strzelanin, a na romantycznych rozmowach kończąc. Znajdziemy tu także wyścigi bojowych maszyn, walki robotów, ale główną rzeczą jest wspomniany humor. Nie ma go ani za dużo, ani za mało. Pojawia się w odpowiednich momentach i co najważniejsze – jest naprawdę śmieszny. Dobrze jest się czasem oderwać od ciągłego zabijania „Tales from the Borderlands” daje nam taką możliwość.