The darkest hour - recenzja1

Teraz już wszyscy wiemy, że Gary Oldman dostał za rolę w tym filmie wymarzonego i w pełni zasłużonego Oscara, a ja do tego wszystkiego odkryłam, że są jeszcze historie z przeszłości, bohaterowie z dawnych lat, których losy idealnie nadają się na scenariusze filmowe. I bez krępacji – taką osobą był Winston Churchill.

The darkest hour – recenzja

Churchill pojawił się w wielu filmach, ale tak naprawdę dopiero teraz dostał dzieło na miarę siebie i swoich dokonań. „Za kierownicą” Joe Wright – reżyser bardzo… humanistyczny. Scenariusz napisany przez Anthony’ego McCartena, którego dorobek jest maleńki i właściwie najbardziej znanym jego dziełem jest „Teoria wszystkiego”, ale mam ostatnio na niego oko, bo ponoć to on będzie robił scenariusz o moim prywatnym bogu – o Freddie’m Marcury.

No i on. Gary Oldman. „Obleczony” w perfekcyjną charakteryzację – nagrodzoną zresztą tegorocznym Oscarem. Z charyzmą, z gestami, z aparycją, głosem Churchilla… Cholera, to wszystko wyszło po prostu perfekcyjnie. I ponoć są głosy, które mówiły, że Oldman nie uwiódł ich w tej roli, a ja wpatrzona byłam w niego jak w obrazek z historii. Ostatni raz byłam równie zachwycona, widząc ekranizację losów kogoś ważnego, gdy Day-Lewis stał się Lincolnem… Jak dla mnie to ten sam poziom.

„Czas mroku” mocno skupia się na jednym z najgorszych okresów w naszej współczesnej historii. Wróg stanął u bram. Wróg wodzony przez kogoś z okrutnie niebezpieczną charyzmą. Wróg, który w chwilę podbił większość kontynentu, marząc i planując podbicie reszty. Naturalną obroną Wielkiej Brytanii było to, że to wyspa. Plus sympatie książąt, a nawet niegodnego tytułu królewskiego Edwarda VIII do pewnego austriackiego malarza „z wizją” mogły sprawić, że dzisiejsza mapa Europy wyglądałaby inaczej.

Ale nie z Churchillem. Jemu na to nie pozwalała chorobliwa ambicja. Ktoś śmiałby być ciekawszym, lepszym, bardziej charyzmatycznym liderem, niż on?

Cholera, a mówią, że takie tendencje mogą zabijać… Już teraz nie wiem komu wierzyć!

Film Wrighta mocno skupia się właśnie na walce Churchilla z Hitlerem. To była zawzięta i niestety – równa walka pomiędzy zupełnie różnymi frontami. Jednak mimo wszystko, mimo innych bohaterów, relacji, związków – to film jednego aktora, jednej postaci, jednego punktu widzenia. I akurat mi to podobało się okrutnie. Dla mnie to wzorcowe dzieło. Pod każdym względem.

Scenariusz sensowny, bez rażących błędów i skrótów. Świetne zaplecze techniczne, ze szczególnym naciskiem na kostiumy i charakteryzację. Dobry montaż, fajna muzyka, fajny scenariusz, no i Oldman. Perfekcja.

Arcydzieło.

Tagi: The darkest hour – recenzja, filmy recenzja, marudzenie, blog popkulturowy, blog recenzencki, recenzje filmów