ONA:
Ja już nie pamiętam jak to było w nastoletnich czasach. Miałam się całkiem dobrze i mimo szalejących hormonów, wydaje mi się, że i w głowie było całkiem poukładane. Chyba byłoby trzeba o to zapytać moją mamę, czy faktycznie byłam łatwa w ogarnięciu…
Ale dość długo pracowała z dzieciakami, w tym z nastolatkami i wiem, jak taka nastoletnia głowa potrafi szaleć, ile sobie wmówić i z jakich bzdur robić tragedie.
Craig Gliner to właśnie taki gówniarz, który wymyślił sobie jakieś okrutne problemy życiowe. Stwierdził, że ma depresję i że lekarze muszą mu pomóc. Oczywiście myślał, że potrwa to 5 minut, że dostanie magiczną tabletkę i boom – już mu będzie dobrze. Sam zgłosił się do specjalistycznego szpitala. Mocno się zdziwił, gdy okazało się, że został przyjęty na oddział. Ale jak to? Przecież miało być prościej?
„It’s kind of funny story” to bardzo pozytywna opowieść o problemach z samym sobą. Ja jestem osobą, która rozumie problem depresji, ale podchodzę do niego z ogromnym dystansem, bowiem mam wrażenie, że jest wyświechtany, że teraz 2 dni złego humoru już jest powodem, by diagnozować u siebie deprechę. I na dodatek – problem ten zrzucany jest na całe środowiska. Tymczasem na mam ochotę jednemu i drugiemu po prostu powiedzieć, by wzięli się w garść, bo taka „prawdziwa” depresja wysysa życie. I na dodatek robi to boleśnie i powoli.
Pozytywne, ciepłe, trochę gówniarskie kino. Super jako tło. Można się pośmiać, można się zastanowić. Film na raz.
ON:
Chociaż dzieje się w szpitalu dla wariatów, to „Całkiem zabawna historia” nie jest drugim „Lotem nad kukułczym gniazdem”. Dzieje się tak dlatego, że całość przedstawiona jest przez kolorowe okulary, a kilka scen jest naprawdę bardzo śmiesznych. Ale to jednak jest dramat, który ma podnieść na duchu, a nie spowodować, że będziemy mieli ochotę się pociąć. Właśnie dlatego wrzucono do niego odrobinę humoru.
Dużym plusem jest też narracja. Od czasu, do czasu zwykłą opowieść przerywają wstawki. Krótkie sceny, w których to główny bohater opowiada o swoich planach, wydarzeniach z życia, czy też możliwych dalszych losach. Świetna też jest ekipa „zamieszkująca” szpital dla chorych psychicznie. Każdy z jego pensjonariuszy ma swojego hopla, jakiegoś bzika. Scena z rysowaniem bobra mnie po prostu zniszczyła. Całość jest lekka, przewidywalna i czasem lekko miałka, ale nadal nadaje się na jeden seans. Nie ma tu ogromnego wzruszenia, nie ma fal śmiechu jest za to przyzwoicie zrealizowane, nieźle zagrane i opowiedziane kino. Pomysł zaś opiera się na książce, która wyszła spod ręki nieżyjącego już Neda Vizzini, który zaczął pisać ją po swoim wyjściu z zakładu psychiatrycznego. Sam walczył z depresją, a jego „Całkiem zabawna historia” wylądowała na 56 pozycji listy 100 najlepszych książek dla młodzieży. Niestety, on sam przegrał walkę z chorobą i w wieku 32 lat odszedł popełniając samobójstwo. Warto popatrzeć więc na dzieło przez pryzmat dramatu autora, który w ten lekko ironiczny sposób chciał pokazać, że mamy po co żyć.
