dear-esther-landmark-edition-recenzja

„Dear Esther” było początkowo modyfikacją do gry Half Life 2. Jakiś czas potem mod stał się komercyjnym projektem, który jeszcze później pojawił się na konsolach najnowszej generacji. Czy jednak mamy do czynienia z grą, czy też z kolejną produkcją będącą symulatorem chodzenia? Ciężko powiedzieć. Na pewno jest to niesamowita opowieść, która dla każdego „gracza” będzie wyglądać inaczej. Dear Esther: Landmark Edition – recenzja

Akcja „Dear Esther” toczy się na skalistej wyspie, miejsca pełnego niedopowiedzeń i niejasności. Zaczynamy na nabrzeżu, w dali majaczy wieża transmisyjna, przed nami stoi podniszczony budynek i to właśnie tu stawiamy swoje pierwsze kroki. To, czego nie można z odmówić temu tytułowi, to naprawdę pięknej oprawy graficznej. Podczas naszej podróży znajdziemy kilka lokacji, które potrafią zaprzeć dech w piersiach. Jedną z nich jest jaskinia, która w swojej drugiej części kryje naprawdę wyjątkowy korytarz.

dear-esther-marudzenie-recenzja

Zwiedzając ten kawałek ustawionej na morzu skały, co jakiś czas słyszymy komentarz narratora. Kim on jest? Człowiekiem, który ma nam nakreślić pewną historię, a może kilka jej wersji? Co jakiś czas napotykamy także na przedmioty, które jednak na nic się nam nie przydadzą. Historie narratora przeplatają się wzajemnie, a ich losowość i dziwność może zachwycić lub przerazić. Dla mnie osobiście wyspa ta jest bardzo Lovecraftowa, dodatkowo utwierdzają mnie w tym drobiazgi, jakieś ruchy na skraju ekranu, dziwne sylwetki, które niby tylko migną gdzieś w oddali. Podczas całej podróży towarzyszy nam piękna, melancholijna, ale i przyprawiająca o dreszcze muzyka. I tak naprawdę mogę powiedzieć, że to już tyle. Dlaczego? Z tego powodu, że to tytuł, którego ukończenie, nawet wielokrotne, może nie wnieść niczego do naszej świadomości. Zrozumienie wątków, posklejanie ich i uzyskanie pełnego obrazu opowieści nie jest chyba możliwe. Narrator cytuje listy do tytułowej Esther, wspomina osoby zamieszkujące wyspę, ale kim jest? Duchem? Nie możemy zginąć, topiąc się słyszymy szept „come back” i znów stajemy na brzegu. Czy zatem nie możemy opuścić tego miejsca? Czy jesteśmy z nim związani na zawsze? Ciężko powiedzieć. Opinie co do tego tytułu są podzielone. Część redaktorów się nim zachwyca, cześć uważa, że to gniot, którego nikt nie rozumie, ale nie chce się do tego przyznać, by nie wyjść na debila. Ja osobiście przeszedłem tę „grę” dwa razy i po drugiej eksploracji wyspy wiem jeszcze mniej niż za pierwszym razem. Na pewno jednak warto chociaż raz zapoznać się z „Dear Esther”, chociażby dla samych widoków i pięknej muzyki.

Dear Esther: Landmark Edition – recenzja