Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

FILMY RECENZJA

28 Days Later…

ON:

Szukając filmów o różnego rodzaju epidemiach Paula wygrzebała „28 dni później” – obraz zaliczany do horrorów, chociaż typowym horrorem to on nie jest. Ta wyreżyserowana przez Dannyego Boyle’a opowieść skupia się raczej na ludzkich emocjach, niż na krwiożerczych stworach, które opanowały ulice Londynu, a później i całej Anglii.

Gdy po raz pierwszy oglądałem to dzieło, byłem dużo młodszy i nie zwracałem uwagi na wiele szczegółów, poza tym film ten nie rzucił mnie na kolana. Po prostu była to kolejna opowieść o „zombiakach”, która na dodatek nie urzekała swoją budową ani realizacją. Dziesięć lat później dochodzę do wniosku, że obraz Boyle’a jest co najwyżej przeciętny, ale podoba mi się to, jak przy pomocy bardzo małych nakładów stworzono wrażenie samotności i zaszczucia.

„28 dni później” zaczyna się sceną, podczas której grupa pseudo obrońców zwierząt wpada do laboratorium, gdzie przeprowadza się testy na małpach. Niestety, jak to zwykle bywa, nie wszystko idzie tak, jak powinno i z klatek uwalnia się nie tylko grupa zwierzaków, ale i bardzo groźny wirus wzmagający agresję i żądze krwi. Zaczyna się epidemia.

W innym miejscu i innym czasie, bo 28 dni później, w szpitalu wybudza się ze śpiączki Jim. Mężczyzna jest zdezorientowany i nie do końca zdaje sobie sprawę z tego, co wydarzyło się podczas jego snu. Przemierzając ulice Londynu wchodzi do kościoła gdzie znajduje grupę zarażonych. Instynkt wygrywa nad ciekawością i Jim bardzo szybko opuszcza dom boży. Niestety, bestie wyruszają w pościg i gdyby nie pomoc dwójki nieznajomych – naszego bohatera czekałby ten sam los. Mężczyzna i kobieta, którzy uratowani mu życie, wyjaśniają w kilku zdaniach co zaszło przez ostatni miesiąc. Poza tym dzielą się dobrymi radami i wskazówkami, jak przeżyć w „nowym świecie”. Ich wspólna podróż zostaje przerwana niespodziewaną śmiercią jednego z członków grupy, ale dość szybko na jego miejsce pojawia się dwójka innych, którzy wiedzą gdzie może czekać na nich wybawienie. Wystarczy udać się na wieś, gdzie w starej posiadłości stacjonują byli żołnierze. Szybko okazuje się, że wybawienie jest ich przekleństwem.

Boyle w trafny sposób pokazał jak umiera człowieczeństwo i jak niewiele trzeba ludziom, aby bliźni stał się niczym nieznaczącym kawałkiem mięsa. Niby „28 dni później” ogląda się dobrze, ale te 12 lat, jakie upłynęły od premiery, zrobiły swoje. Obraz ten nie robi już takiego wrażenia jak kiedyś.

ONA:

Odkąd w moim życiu jest ten blog, pokochałam wszelkie zestawienia filmowe. 10 najgorszych filmów. 5 filmów z XXX, które musisz zobaczyć. Najlepsze filmy z wampirami/psami/robotami/katastrofami. Mam taki notes, w którym zapisuję te tytuły, tylko szkoda, że doba ma jedynie 24 godziny i niestety – trzeba też pracować, spać, wychodzić między ludzi. Ostatnio wpadła mi – już nawet nie pamiętam na jakiej stronie, lista filmów o epidemiach. Dla mnie absolutnym numerem jeden jest film, który mną naprawdę wstrząsnął. Była to „Epidemia strachu”. Obejrzałam go już tak wiele razy, że jeśli miałabym go na kasecie VHS – to taśma byłaby przezroczysta. Ale wróćmy do listy filmów o zarażaniu. Dejw widząc ją od razu zakomunikował „Zaczynamy od tego filmu” i wskazał „28 dni później”. Zaczął go zachwalać na tyle sugestywnie, że zgodziłam się…

Sekwencja, rozpoczynająca film, może zostać określona tylko jednym wyrazem. Przemoc. Twarda przemoc ludzi w stosunku do ludzi, do zwierząt, do natury, do całego świata i istnienia. Wojny, trupy, wybuchy, pociski. Ujęcie po ujęciu. Przemoc tak ciężka, że odwracamy głowę, ale nie dlatego, bo jesteśmy obojętni – po prostu już więcej nie umiemy wytrzymać… My możemy, gorzej z małpą, która przywiązana jest do łóżka i wokół której są monitory z tą przemocą. Ona nawet jak odsunie głowę – nadal ją widzi. W tajnym laboratorium właśnie prowadzone są badania na temat agresji. Bojówka ekologów postanawia uratować małpy, które służą jako materiał badawczy i mimo wyraźnego sprzeciwu pracownika, udaje im się to. Tylko ten szlachetny gest za ułamek sekundy rozpocznie istne piekło. Zwierzak zainfekowany agresją gryzie jedną z bojowniczek. Boom. Mija 28 dni. Po tym tytułowym okresie już nic nie będzie takie, jak jeszcze chwilę temu. Zostawiamy laboratorium i małpy… Fabuła przenosi się do szpitala, w którym pod aparaturą i kroplówkami znajduje się Jim (Cillian Murphy). Właśnie się obudził. Nie wiemy co się stało ani z nim, ani z całym światem, ale spokojnie – na wyjaśnienia przyjdzie pora. Młody mężczyzna zrywa się z łóżka i zaczyna wędrować po szpitalu. Pustym. Potem po okolicy – pustej. W końcu zaczyna przemierzać cały Londyn – zupełnie pusty. Nie rozumie niczego. To zupełnie się nie składa w całość. Widzi porzucone mieszkania i samochody. Widzi plakaty z informacjami, ale to nadal nie jest komplet informacji. Gdzie są ludzie? Co się stało? Tak drepcząc z miejsca do miejsca, w końcu trafia do kościoła. I tam mniej więcej dowiaduje się o co chodzi, kiedy zauważa sterty ludzkich ciał, a ksiądz ma ochotę go zeżreć. Typowy kościół… Zatem czyżby Jim był jedynym ocalałym, jeszcze żyjącym człowiekiem? Na szczęście nie. Poznaje dwie inne osoby i to oni wprowadzają go w nowy porządek na świcie. Krótko mówiąc: mają przejebane.

„28 dni później” to film, który nieco przypomina mi „World War Z”, ale w wersji „mniejszy budżet”. Film z Pittem pochłonął mnie zupełnie i teraz jest dla mnie wyznacznikiem dynamizmu oraz tego, że dzieło o zombie (czy czym to było) nie musi być tandetne, niedopracowane i po prostu mdłe. „28 dni później” niestety nie ma tego poziomu, chociaż zaskakuje, bo jak się okazało, w tej całej patolskiej sytuacji ludzie zapomnieli o tym drobiazgu, który nazywamy „człowieczeństwem”. Ten film ma 12 lat i to widać. Teraz jesteśmy przyzwyczajeni do zupełnie innego rodzaju „majestatyczności”. Ale Danny Boyle umie w reżyserowanie, więc mimo dość tandetnego zarysu i fabuły, mimo średniej gry aktorskiej i całego zaplecza technicznego – film jest naprawdę niezły. Zaintrygował mnie na tyle, że zamierzam nadrobić kolejną część.