ONA:

Da się zrobić prosty, ale piękny, bardzo emocjonujący i dający do myślenia film „o ludziach”, bez zbędnego przekoloryzowania i zadęcia? Tak. Da. „Little Miss Sunshine” to idealny przykład na to.

Przez 5 lat trwania moich studiów, które można nazwać – delikatnie mówiąc – zmarnowanymi, wciskali mi do głowy różne szumne pojęcia. Jednym z nich była „rodzina dysfunkcyjna”. I właśnie taką rodziną są Hooverowie. Richard to coach wannabe, któremu marzy się kariera godna Jordana Belforta i jego słynnego długopisu. Niestety, zupełnie mu to nie wychodzi. Ale swoje złote myśli o żabach wciska wszystkim, w tym rodzinie. Trudno się więc dziwić, że jego małżeństwo z Sheryl zdycha. Dołóżmy do tego dzieciaki: Dwayne ma nastoletni okres buntu, więc postanawia przestać się odzywać. Chłopak marzy o szkole dla pilotów. Jego młodsza siostra – Olive marzy o czymś innym. Ona chce wystąpić w konkursie dla małych miss. Dzielnie przygotowuje ją do tego jej dziadek, który z racji wieku i doświadczenia – ma w dupie całą poprawność polityczną. Dołóżmy do tego wujka – Frank staje na nogi po nieudanej próbie samobójczej.

Cała ta banda zostaje zamknięta w jednym, niezbyt wielkim, ale za to pięknie żółtym busiku i musi dostać się do miasta, w którym odbywa się konkurs na Miss Słoneczko, do którego Olive zostaje zakwalifikowana. Po drodze wychodzi wszystko. Wylewa się całe gówno rodzinne. Rodzice chyba nie chcą czaić się i powoli wychodzi temat rozwodu. Dwayne okazuje się mieć problem z rozpoznawaniem kolorów. Frank męczy się okrutnie z powodu nieodwzajemnionej miłości. Wydawać by się mogło, że jedynie dziadek i dziewczynka jakoś się w tym wszystkim odnajdują. Do czasu… Niestety.

Rodzina, mimo ogromnych problemów, dociera na konkurs. Cała impreza kończy się na posterunku policji.

Przepis na sukces? Film ważny, piękny, film o emocjach i z emocjami. Film o czymś. A przy okazji – film podany w bardzo przystępnej, miłej, poruszającej i prostej formie. Da się? Da. Bez kombinowania. Bez super popularnych aktorów. Bez zadęcia. Minimalistyczny wręcz. I co? Pełen sukces! „Little Miss Sunshine” to kwintesencja pozytywnego kina – i to kina dla każdego.

ON:

„Mała miss słoneczko” to jeden z tych filmów, w którym główną rolę gra droga i pojazd pełen ludzi, którzy chociaż są rodziną – czasem wydają się sobie niesamowicie dalecy. I chociaż mamy do czynienia z dramatem, to jednak więcej w nim drobnych komediowych smaczków, niżli momentów przyprawiających o depresję i wyciskających łzy.

Ta opowieść ma same mocne strony, a dokładnie ma ich sześć. Mowa o wybuchowej mieszance, która podróżuje przez USA starym sypiącym się busem. Gdy zaczniemy poznawać ich bliżej okaże się, że ich słabości i przywary są nam bardzo dobrze znane i tak naprawdę w tym pojeździe moglibyśmy przebywać my wraz z naszymi rodzinami. Z głupkowatej komedyjki film przeistacza się w niesamowicie mądrą opowieść o wszystkim tym, co wydaje nam się ważne, a tak naprawdę takie nie jest. To także historia o tym, że nie istnieje coś takiego, jak recepta na udane życie, a każdy z nas jest indywidualistą, który wybiera własną drogę. Ciężko bowiem naginać kogoś do czegoś, co nie jest dla niego ważne.

Oglądając „Little miss sunshine” można się śmieć, płakać, wzruszać na wiele sposobów. Pewnie każdy znajdzie tutaj inny powód do śmiechu, a inny do łez. I to jest właśnie coś, co powoduje, że jest to kino cholernie uniwersalne. Nie często zdarzają się obrazy tak naładowane emocjami, które są ciepłe, a jednoczenie bardzo surowe w ocenie naszych zachowań. Warto, bo to naprawdę kawał dobrego kina.