Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

Baner FILMY RECENZJA

The Revenant

ON:

Birdman” jest filmem, który zupełnie mnie do siebie nie przekonał. Nie „poczułem” jego klimatu i nie zasmakowałem w jego walorach estetycznych. Historia mnie znudziła, a całość po prostu zmęczyła. Dzieło zostało docenione przez Akademię Filmową i bez problemu zgarnęło kilka złotych statuetek. Reżyser Alejandro González Iñárritu postanowił ponownie wyciągnąć rękę po nagrody, tym razem za sprawą „Zjawy”, która otrzymała, aż dwanaście nominacji.

Z dużą niecierpliwością czekałem na ten obraz. Nie tylko dlatego, że dość entuzjastyczne oceny pojawiły się pod koniec zeszłego roku, kiedy to pierwsi krytycy mieli okazję zapoznać się z tą historią, ale także dlatego, iż podobno Leonardo DiCaprio zagrał w tym filmie oscarowo. Czy tak faktycznie jest?

Dzieło Alejandro González Iñárritu należy oceniać na dwóch płaszczyznach: wizualnej oraz fabularnej. Dzieje się tak dlatego, że chociaż razem tworzą pewną całość, to jednak łatwiej opowiedzieć o nich oddzielnie. Zacznę może od strony wizualnej, za którą odpowiada Emmanuel Lubezki. Ten sam człowiek otrzymał Oscara za zdjęcia do wspomnianego „Birdmana” oraz za „Grawitację”. Tym razem w sposób niesamowicie plastyczny pokazał Dziki Zachód. Podczas przemierzania leśnych i górskich odstępów mamy możliwość ujrzenia jak bardzo mordercza i bezwzględna jest natura oraz jak podłym stworzeniem może być człowiek. Kultura, która podobno odróżnia nas od zwierząt, to coś, co powoduje, iż jesteśmy istotami wyższymi, wydaje się być fikcją. Jadnak nasze zachowanie, dążenie do zaspokojenia własnych potrzeb nie zważając na innych osobników „stada” pokazuje, że jesteśmy gorsi od najbardziej brutalnych zwierząt. Kadry, jakimi karmi nas González Iñárritu, są bardzo naturalistyczne i wynikają z potrzeb scenariusza, ale to on, operator kamery tak naprawdę odpowiada za finalny obraz i przedstawienie całości. Praca, którą włożono w zdjęcia, jest ogromna i trzeba to na pewno docenić, może właśnie przy pomocy kolejnej złotej statuetki.

Historia opowiedziana w „Zjawie” bazuje na opowieści o amerykańskim traperze i podróżniku. Hugh Glass, bo tak zwie się postać grana przez DiCaprio, to mężczyzna, który dużą część życia spędził pośród Paunisów, pojął za żonę indiańską kobietę i razem doczekali się syna. Wydarzenia, które miały miejsce w przeszłości, zmusiły go jednak do opuszczenia rodzinnego domu i podróżowania wraz z synem przez obrzeża Stanów. Glassa i jego syna poznajemy podczas pracy dla łowców, którzy polują i obrabiają zwierzęce skóry. NIespodziewany atak na ich bazę przeradza się w rzeź, z której cało wychodzi kilka osób. Glass proponuje, aby porzucić ocalałą barkę i przebyć drogę do bezpiecznego fortu lądem, gdzie podróżnicy mają większą szansę na odparcie ataku Indian. Podczas nieporadnej ucieczki Glass zostaje zaatakowany przez broniąca swoich młodych niedźwiedzicę. Walka, którą przegrała matka natura, zakończyła się dla tropiciela w sposób bardzo drastyczny. Połamany, pogryziony i poszarpany ostatnim tchnieniem trzyma się życia. Tylko szybka reakcja jednego z członków grupy pozwala mu na chwilę wymknąć się śmierci. Ostatecznie przy jego ciele pozostaje jego syn oraz dwóch traperów: młody Jim Bridger oraz zgorzkniały i nastawiony tylko na zysk John Fitzgerald. Ten drugi postanawia dokończyć żywota Glassa i wziąć nogi za pas. Fitzgerlad swój plan chce zrealizować bardzo szybko.

Film Alejandro González Iñárritu jest bardzo brutalny i naturalistyczny. Na pewno nie jest dziełem nadającym się na randkę, czy rodzinny wypad do kina. To brudna opowieść wypełniona krwią. Jeśli w przypadku „Nienawistnej ósemki” możemy mówić o „komicznym” przedstawieniu śmierci, to tutaj wszystko jest po prostu brzydkie.

Na koniec jeszcze słowo o Leonardo DiCaprio i wymarzonym Oscarze. Niestety, za ten film Akademia raczej nie da mu upragnionej statuetki. Tom Hardy może ją zgarnąć za swojego Fitzgeralda, Leo nadal musi czekać.

ONA:

Zanij „Zjawa” pojawiła się w kinach – wszyscy już wydali wyrok. Najlepszy film tego roku, murowany Oscar dla Leo (jak przy każdym jego filmie), najpiękniejszy, najcudowniejszy! Naj! Naj! NAJ!!!

Oczywiście polski dystrybutor dał ciała, bo na najpopularniejszym serwisie z filmami on-line, to dzieło wisiało już kilka dobrych tygodni.

Ale wreszcie nadszedł TEN dzień. Premiera! Wspaniale. Bilet zamówiony, a ja z gorączką i powolnym konaniem.

Na szczęście dzień później byłam już w stanie obejrzeć co to ciekawego Leo tym razem wykreował. I nie zrozumcie mnie źle – film podobał mi się szalenie. Jest przepiękny, z absolutnie zachwycającymi kadrami, ale…

No, to po kolei.

Alejandro González Iñárritu jest na fali. „Birdman”, za którego zgarnął Oscary, zachwycał ogrom ludzi przede wszystkim tym, jak był zrealizowany. „Zjawą” z kolei udowadnia, że jest cholernie dobrym fachowcem, który odrobił lekcję z kadrowania, ze zdjęć, z pokazywania natury. „Zjawa” pod tym względem jest przepiękna! Mogłabym pójść do kina jeszcze raz tylko po to, by napawać się cudownymi zdjęciami, które mnie łechtały skrajnie przyjemnie. Surowy, ciężki klimat. Zimno, bród, dzikość – taka kompletnie nieokiełznana. Wciska Cię ta natura w fotel i zaczynasz czuć się mały, słaby, wątły. Dla mnie – mistrzostwo świata. Dawno nie widziałam dzieła, które pod tym względem tak intensywnie mnie dotykało.

Kolejny plus? Muzyka. Ten film nie jest przegadany. Tu robotę robi cisza, która w ścianach wygłuszonego kina wali Cię po uszach. Ale tu, poza ciszą i dźwiękami natury, mamy świetną oprawę muzyczną. Kapitalnie to wszystko ze sobą grało.

Trzeci element, który mnie zachwycił, to sama historia – mit, legenda, cokolwiek. Bardzo mądra i z wieloma przesłaniami, które nawet dziś powinny być aktualne. Sytuacja rdzennych mieszkańców Ameryki, lojalność i honor, miłość, inność, a to wszystko zderzone z potężną siłą natury. Cudownie się oglądało ten obraz.

No i on. Perfekcyjny w wielu rolach, ale tu – wyjątkowo dobry. Ludzki do granic. Charakterny. Nie można było od niego oderwać wzroku. Nie, nie Leo. Tom Hardy. Co ten koleś wyprawiał w „Zjawie”, to jakaś masakra! Jego bohater ma w sobie chyba wszystkie możliwe złe cechy człowieka.

To bardzo dobry kawał kina. Ciężki jak cholera. Skrajnie naturalistyczny, brzydki, odpychający, ale nie da się spuścić wzroku. Genialne widowisko. Nie zawodzi tu żaden element.

No i co, mam wspomnieć o Di Caprio? Świetny, perfekcyjny. Jak zawsze, jak zwykle. Ale… obawiam się, że nie na Oscara.