ONA:

Nie podobał mi się ten film zupełnie. Ja rozumiem, że nie bez przyczyny wszyscy tak się nim zachwycają, bo jest on bardzo dobrze zagrany, bardzo dobrze pokazany, a i sama historia psuje głowę, ale żaden z tych elementów nie wpłynie pozytywnie na moją ocenę. Nie podobał mi się ten film ZUPEŁNIE.

Solomon Northup (Chiwetel Ejiofor) to wolny afroamerykanin, mieszkający wraz z rodziną w Nowym Jorku. Jest szanowanym i cenionym muzykiem, a biali traktują go jak równego sobie. Wiedzie idealne życie – jego bracia z Południa mogą mu tylko zazdrościć poziomu, który on sam wypracował. I nagle piękna rzeczywistość zmienia się w koszmar – Solomon zostaje porwany, a jego status społeczny ulega totalnej degradacji. Staje się niewolnikiem, wystawionym na sprzedaż – tak po prostu. I teraz zaczyna się 12 letnia historia zniewolenia, okraszona ogromnym bólem, poniżniem i cierpnieniem… Przecież nikt nie będzie liczył się ze słowami jakiegoś murzyna…

Zacznę od plusów: film jest mistrzowski. Jest bardzo dobrze zagrany – brawurowo i totalnie autentycznie. Zarwno Ejiofor, jak i Michael Fassbender – w roli tego złego, weszli w swoje kreacje w kompletny sposób. Nie trzeba nic więcej dodawać. Szczególnie bohater, którego znamy ze „Wstydu” daje czadu. Wejść w rolę takiego bezdusznego skurwiela to nielada odwaga. Idźmy dalej: muzyka! Hans Zimmerman nie ma „upadkow” w swojej karierze. Jego obecność przy tym projekcie świadczy o tym, że twórcy chcieli postawić na najlepszych i sprawdzonych, co od razu wrzuca dzieło do wora pt. „Pretendenci do Oscara”. Ale w „Zniewolonym” muzyka to nie tylko kompozycje od Zimmermana. To również czarne pieśni, które towarzyszyły niewolnikom podczas ich katorgii, podczas pracy, w ulotnych chwilach radości, ale i przy tych smutnych, kiedy serce pęka po cichu. Resztę dopełniają przepiękne zdjęcia… Więc o co mi chodzi?!

To dzieło jest zdecydowanie za ciężkie, jak dla mnie. Jest brutalne, męczące, totalnie smutne i wzruszające. To film, po obejrzeniu którego zaczynasz żałować, że należysz do gatunku ludzkiego, który jest totalnie wypełniony złością i nienawiścią. To film, który przesiąknięty jest krwią i cierpieniem – w tym wypadku niewolników, ale ten element można zastąpić każdym innym. Abstrahując od szczegółów fabuły, strasznie przypomina mi „Pasję” Mela Gibsona. Tam również nie ciaćkano się z odbiorcą. Nie zrozumcie mnie źle – nie jestem wrażliwą osobą (wzruszają mnie jedynie psy) i nie mam problemu, by oglądać „krew” i „bebechy” na dużym ekranie, ale jeśli już – to to w horrorach albo slasherach. Tym razem dostałam biografię, która mnie przygniotła swoim ciężarem. Z każdą kolejną sceną, którą oczywiście przepełniało cierpienie w różnych formach, ja miałam dość. Nie potrafiłam zjeść kolacji przy tym filmie, z czego uradowała się najbardziej moja Bowie, zżerając mi łososia z kanapek. Rozumiem jak ważne jest, by wracać do pewnych elemenów historii, by młodym ludziom przypomnieć jak to wszystko wyglądało, by teraz im było dobrze i komfortowo, ale „Zniewolony” mnie zdołował i nic więcej.

ON:

Znów zdarzyło się tak, że w krótkim przedziale czasowym oglądaliśmy dwa firmy biograficzne, poruszające bardzo podobne tematy. Tym razem chodziło o podział rasowy w Stanach Zjednoczonych Ameryki. Po niezłym „Kamerdynerze” przyszedł czas na „12 Years a Slave”, u nas w kraju wyświetlanym pod tytułem „Zniewolony”.

Jeśli opowieść z „Kamerdynera” była zbyt łagodna i zachowawcza, to ta podana przez scenarzystę Johna Ridleya, jest jej przeciwieństwem. Mamy do czynienia z brutalnym, ciężkim i przytłaczającym kinem, które nie nudzi, ale bardzo potrafi zmęczyć. USA ma w swojej historii kilka nie do końca chlubnych wątków, ale chyba jednym z najgorszych jest niewolnictwo. Traktowanie drugiego człowieka jak zwierze, upodlenie i tysiące skatowanych ciemnoskórych mieszkańców to słaba wizytówka dla kraju szczycącego się tak wspaniałą demokracją. Niby czasy się zmieniły, ale…

Wyreżyserowany przez Stevego McQueena obraz, pokazuje nam podzielony przez niewolnictwo kraj. Jest rok 1841 w Waszyngtonie żyje wolny czarnoskóry obywatel, przykładny mąż i ojciec – Salomon Northup. Jest wykształconym człowiekiem, który utrzymuje się między innymi z gry na skrzypcach. Pewnego dnia zostaje zaproszony do współpracy przed dwóch nieznajomych mężczyzn, ma grać podczas show, jakie jest wystawiane w ich „cyrku”, w tym celu musi opuścić rodzinne miasto i udać się w kilkudniową podróż. Na miejscu świętuje sukces i zarobione pieniądze, niestety, wszystko było podpuchą, a Salomon zostaje porwany i sprzedany jako niewolnik. Od początku tresowany jak pies, bity znieważany zaczyna poddawać się swoim kolejnym „właścicielom”. Jego prawdziwa tożsamość zostaje wymazana i staje się Plattem, uciekinierem z Południa. Jego życie przeradza się w trwający dwanaście lat koszmar, a najgorsze jest to, że wydaje się, iż nie ma z niego ucieczki. Właściciele, jakim będzie podlegał, to mieszanka najlepszych popierdoleńców jakich nosiła ziemia. Z jednej strony czytają niewolnikom biblie, z drugiej – katują ich na śmierć. Brzydzą się czarną hołotą, ale nie przeszkadza im to gwałcić pracujące na plantacjach kobiety.

„12 Years a Slave” jest historią opartą na faktach, która tym bardziej przeraża i pokazuje absurd, jaki towarzyszył rodzącemu się w bólach państwu, którym kieruje teraz czarnoskóry prezydent. Opowieść ta ukazuje zatracenie się w przemocy, podziałach między kulturami oraz dramatyzm sytuacji, w jakiej znaleźli się amerykańscy niewolnicy. Film ogląda się ciężko, nie jest to prosta historyjka i tym bardziej skierowana jest do dojrzałego odbiorcy.