ON:
„Samoloty” są animacją, która wyszła spod rąk tej samej ekipy co „Cars”, jednak nie udało się powtórzyć sukcesu, jaki wyścigał sobie Zygzak McQueen. Możliwe, że to dlatego, że opowieść ta jest kalką tej znanej z przygód czterokołowców. Tak samo jak w „Cars” mamy jednego młodego, który marzy, aby być kimś innym niż jest. Chciałby brać udział w wyścigu dookoła świata i na dodatek go wygrać.
Młody Dusty na co dzień jest nawożącym gnojem pola samolocikiem, a jego wypad do pracy to rozgrywana w wyobraźni przygoda, która kończy się jego ogromnym sukcesem. Dzień w dzień marzy o wzięciu udziału w wyścigu, a jego przyjaciele go od tego marzenia odciągają. Dostajemy jednak opowieść o tym, że marzeń się nie porzuca i trzeba do nich dążyć każdego dnia, bowiem wyrabiają one nasz charakter i kształtują osobowość. Właśnie po to są takie animacje, aby dzieciaki uczyły się żyć w społeczeństwie. Uczyły się zachowań i potrafiły wyciągnąć z siebie poukrywane po zakamarkach osobowości talenty.
Niestety, jeśli w przypadku „Cars” animacja mogła być odebrana pozytywnie również przez dorosłych, to w przypadku „Samolotów” nie ma już tego czegoś. Śmieszny, zawzięty Zygzak, włoski serwisant, genialny Złomek to były te postacie, które przyciągały i sprawiały, że czekaliśmy na więcej. Strasznie ciągników? Dlaczego nie? Zróbmy coś głupiego, co rozśmieszy nie tylko dzieci. „Planes” gdzieś zgubiły to coś. Nadal miło się ogląda tę animację, ale nie jest tak rewelacyjnie, jak w poprzednim filmie. Dodatkowo kalkowanie scenariusza nie jest dobrym pomysłem, bo ta opowieść już była między innymi w świetnym „Turbo”.
Co dużo mówić „Samoloty” mnie nie powaliły. Animacja jest ładna, ale to chyba za mało, aby zaciekawić i rozbawić. Na pewno najmłodsi będą zachwyceni, bowiem samoloty są śliczne, mają oczka i mówią, a to już wystarcza, by skupić uwagę milusińskich. Dorosłym pozostaje czekać, może pojawi się trzecia część przygód Zygzaka i znów będzie bardzo fajnie.
ONA:
Filmy animowane to dla mnie idealne lekarstwo po ciężkim dniu. Zabunkrowanie się z wilkiem pod kocem, z czekoladą i przygaszonym światłem. Taaak, czasami są takie dni, że tylko przeobrażenie się w burrito może pomóc. Zimno, szaro, smętnie, nawet basen nie pomógł – właściwie tylko dobił mój nastrój, bo okazało się, że nie tylko ja miałam ochotę wypływać swoje paskudne humorki i znalezienie miejsca do pływania graniczyło z cudem. Taaaak, jedyna opcja, żeby przeżyć ten poniedziałek, to zrobienie z siebie burrito… Tak mi się miło zrobiło, cieplutko i przyjemnie, że… ZASNĘŁAM!
Obudziła mnie Bowie, która miała już dość wzajemnego tulenia i postanowiła PRZEZE MNIE przeskoczyć i znaleźć sobie lepszą miejscówę do odpoczynku. Ja wytężyłam wszystkie zmysły i zaczęłam oglądać „Samoloty”. Ja lubię bajki. Moje dzieciaki sprawiają, że raczej jestem na bieżąco. Do moich ulubionych animacji należą „Madagaskar” i „Auta”, właściwie z wszystkimi częściami. Niezależnie który raz je oglądam – bawią mnie wybitnie. Mają świetne fabuły, które nie nudzą, a teksty mam wrażenie dopasowane są bardziej pod dorosłych, niż pod dzieci. Lepiej! Nawet polski dubbing nie jest żałosny! Ale „Samolotów” do tej pory nie widziałam. Jeśli twórcy postanowiliby zrobić kolejną część przygód Zygzaka McQueena, moje nastawienie byłoby pewnie inne. A tak? „Samoloty” to trochę odgrzewany kotlet, który bazuje tylko i wyłącznie na popularności poprzednika.
Ze spin-offami na ogół jest tak, że mają problem z dogonieniem poprzednika. „Przyjaciele” pobili „Joey’go”, „Chirurdzy” – „Prywatną praktykę”, „Daredevil” – „Elektrę”, a „Auta” – „Samoloty”. Kreska jest ta sama. Historia – bardzo podobna, ogólny zamysł – bliźniaczo identyczny. Ale jest gorzej – dużo gorzej. O ile podczas oglądania „Aut” bawią się wybitnie dobrze różne roczniki, tak „Samoloty” to produkcja wyłącznie dla dzieci. Przeciętny dorosły będzie znudzony do szpiku kości.
Dusty do malutki samolot rolniczy, którego codzienność polega na rozpylaniu środka owadobójczego na kolejne pola. Oczywiście, to nie jest szczyt jego marzeń. Ambicje ten niepozornej maszyny sięgają dużo dalej, dużo wyżej. Dusty chciałby wziąć udział w podniebnym wyścigu, ale to oczywiście wcale nie jest takie proste! Zacznijmy od banałów: nasz główny bohater ma lęk wysokości. W drodze do sukcesu będzie musiał stanąć oko w oko ze swoimi lękami, ale gdy ma się przy sobie przyjaciół – wszystko musi się udać. O ile Zygzak był zadufanym w sobie gwiazdorem, którego trzeba było nauczyć pokory – Dusty potrzebuje wsparcia i wiary w siebie. Dla każdego dziecka coś się znajdzie.
Oczywiście pod względem fabularnym mamy opowieść pełną metafor, z którą łatwo się zidentyfikować i która w „namacalny” sposób pokazuje problemy, wątpliwości i sposoby radzenia sobie z nimi. Dla dziecka to świetna forma „zderzenia” się z całkiem istotnymi trudnościami, które podane są w sposób fajny, delikatny i zrozumiały. Tylko o ile w „Autach” było zabawnie dla i młodszych, i starszych – tak na „Samolotach” dorosły będzie wył z nudy. Albo – o ile będzie mu to dane – spał w najlepsze.
