ONA:
Plan był prosty. Bowie zasnęła mi pod biurkiem, po całym dniu hasania w ogrodzie, a gdy przekręciła się na plecy wiedziałam, że wali w kimę już twardo. No to czas siąść do projektu. Ja, mój maciek, jakieś literki i cyferki i coś w tle do pooglądania. Na „Babycall” miałam ochotę już jakiś czas, bo Noomi Rapace jest „gwarantem”, że film będzie zamotany i dziwny. Dodajmy do tego, że jest szwedzko-niemiecko-norweski…Najprościej mówiąc: ten film jest o traumie. Traumie rozumianej na wiele sposobów. Traumie, która wywraca życie do góry nogami i sprawia, że nic nie jest prawdziwe. Traumie, która budzi strach i obawę, i przed którą koniecznie chcesz się ukryć. Anna wraz z synem „zaczynają” od nowa. Wygląda na to, że weszli w program ochrony dla ofiar przemocy i ukrywają się przed brutalnym mężem głównej bohaterki. Kobieta jest płochliwa i przerażona – wszędzie doszukuje się problemów. Za wszelką cenę stara się uchronić syna i wrócić na tory normalnego życia, ale nie jest to zbyt proste. A w tym filmie nie dość, że nic nie jest proste, to jeszcze nic nie jest oczywiste.
Koniec końców mój wieczór wyglądał tak, że zamiast pracować, wpatrywałam się ze zmarszczonym czołem w monitor. Nawet w pewnym momencie miałam wątpliwość, czy to dobry wybór był, bo film zaczął niebezpiecznie szybko wchodzić w gatunek „duchowy”, którego boję się najbardziej. Jednak po godzinie zaczęłam na tyle skutecznie łączyć poszczególne elementy fabuły, że odkrycie tajemnicy tej produkcji wyszło mi wybitnie dobrze. Ale to zupełnie nie wpłynęło na ogólną ocenę, bo „Babycall” to dzieło bardzo dobre i klimatyczne. Przede wszystkim to zasługa Rapace, której mimika jest genialna. Autentycznie – widać na niej strach, grozę, obawę i nie ma w tym zupełnie sztuczności. Surowa otoczka, zaserwowana w postaci szarych ścian, oszczędnego makijażu, ciężkiego klimatu sprawia, że atmosfera w tym filmie wisi. Tu nie ma ładnych ludzi, sztucznych cycków, napompowanej realności – tu jest zło, skryte w każdym elemencie. Z jednej strony film się ciągnie, absolutnie nie nudzi, ale nie ma też w nim za wiele „akcji”. Z drugiej: jest tak cholernie mocne napięcie, że włos się jeży.
To nie jest film typu „po ciężkim dniu”. Trzeba się na nim skupić i łatwo za jego sprawą wpaść w taką dupę, że pozostanie tylko „De profundis clamavi ad Te, Domine”.
ON:
Kino północnoeuropejskie jest specyficzne, często bazuje na powieściach sensacyjnych autorów, których nazwiska nie potrafię nawet wypowiedzieć. Tak było w przypadku „Dziewczyny z tatuażem”, „Kobiety w klatce” i kilku innych produkcji. Filmy ze starego kontynentu mają inny klimat, a ich atmosfera jest przytłaczająca. Podobnie jest z dziwacznym „Babycall”. Dzieło z Naomi Rapace w reżyserii Påla Sletaune’a to thriller, który idealnie wpasowuje się w powyższy opis.
Anna to samotna matka, która wraz ze swoim kilkuletnim synem Andersem, ucieka przed swoim pierdolniętym mężem. Facetowi ostro odjebało i naraził zdrowie jej i syna. Udało jej się dostać do programu ochrony. Wraz z dzieckiem otrzymuje nowe mieszkanie, w którym ma pozbierać się do kupy. W tej chwili zaczyna się jej nowy koszmar. Nie mówimy tylko o ciągłych kontrolach opieki społecznej, ale o dziwnym zachowaniu syna. Dość szybko wychodzi na jaw, że dzieciak spotyka się z psychopatycznym tatą.
Anna nie potrafi sobie poradzić z całą sytuacją. Dodatkowo zaczynają się dziać dziwne rzeczy, które jeszcze bardziej rozwalają psychikę kobiety. W nocy elektroniczna niania wydaje dziwne dźwięki, a kontrole opieki stają się coraz to częstsze. W całym pierdolniku pojawia się nowy mężczyzna, który stara się ustabilizować dziwną sytuację. Ten facet stara się być jej przyjacielem i wspiera ją w tym, co ją spotyka.
W tym momencie należy zaprzestać opisywanie fabuły „Babycall”. Wszystko dlatego, że zdradzenie nawet odrobiny scenariusza może zepsuć całą zabawę. Ciężko jest bowiem zaklasyfikować ten film do konkretnego gatunku filmowego. Niby jest to thriller, ale znajdziemy tutaj trochę horroru, dramatu, obyczaju. Pål Sletaune stworzył kino inne, różniące się nawet od europejskich standardów i trzeba przyznać, że wszyło mu to całkiem dobrze.
Jeśli najdzie was na kino inne niż wspomniane wcześniej skandynawskie produkcje to na pewno „Babycall” idealne nada się na mroczny wieczór. Warto.
