ON:

Za oknem żar leje się z nieba, a my z Paulą od kilku dni siedzimy jak na szpilach, bowiem zarezerwowaliśmy sobie na dzisiejszy poranek bilety do kina. Piątek – dla jednych kolejny dzień roboczy, dla innych ciąg dalszy długiego weekendu. W naszym przypadku chwila relaksu przed wieczorną pracą. Ale nie będziemy narzekać, bowiem mamy za sobą świetne wakacyjne kino, pełne niedorzeczności i efektów specjalnych, mamy dobry kawałek surowej ryby z Sushi-Do i mini zakupy w Media. Po powrocie do domu czekała na nas przesyłka ze świetnym albumem. “What a day, what a lovely day!

Chcę coś napisać o samym „San Andreas”. Nie o fabule, czy grze aktorskiej, ale o samym filmie, jako wakacyjnym medium rozrywkowym. Jeśli idę na „Transformery”, to oczekuję kina, w którym wielkie roboty napierdzielają się między sobą. Jeśli idę na film typu „San Andreas” – oczekuję kataklizmów, heroicznych czynów, oklepanego scenariusza i niemożliwych rzeczy, które dzieją się tylko w filmach. Nie chcę słyszeć, że „ten film to bajka”. No a czym ma być? To fantastyka rozrywkowo-naukowa. Ktoś zakłada, że może dojść do takiej katastrofy. Czy tak będzie – nie wiadomo, ale jeśli się to stanie, to na pewno będzie ona jeszcze bardziej mordercza i krwawa niż ta, którą przedstawili producenci i twórcy filmu. To wakacyjny blockbuster, który już zwrócił twórcom swoje 110 milionów dolarów. Jeśli spodziewacie się tutaj gry aktorskiej na poziomie szekspirowskich dramatów, to może od razu zrezygnujcie z seansu.

Kalifornia ma to do siebie, że leży na dość aktywnym sejsmicznie obszarze. Dlatego też to miejsce jest tak ukochane prze producentów filmowych, którzy widzą w niej ogromny potencjał – szczególnie, jeśli chodzi o kino katastroficzne. Podobnie jest i tym razem. Nim jednak wybrzeże zacznie się rozpadać, poznamy głównych bohaterów tejże opowieści. Ray (Dwayne Johnson) to były wojskowi pilot, który teraz pracuje w straży pożarnej LA Facet jest naprawdę dobry w tym co robi. Dużo też w tym zasługi jego ekipy, ale to on trzyma wszystko za jaja. Już podczas pierwszych minut poznajemy go podczas akcji, a chwilę później mamy też możliwość poznać go prywatnie. Jak to w takich filmach bywa: ma dorastającą córkę oraz żonę, która właśnie składa papiery rozwodowe. Gdzieś tutaj ukryta jest jeszcze historia z przeszłości, mająca wpływ na obecne wydarzenia, ale jeszcze jest za wcześnie, by o niej opowiadać. Jednak sprawny widz dość szybko wpadnie na trop tego incydentu.

W tym samym czasie wiele kilometrów dalej dwóch naukowców, zajmujących się badaniem ruchów tektonicznych, wstrząsów sejsmicznych i innych zjawisk związanych z tarciem płyt kontynentalnych,  bada raporty nadchodzące z różnych regionów Kalifornii. W końcu decydują się na sprawdzenie szeregu dziwnych odczytów, które mają miejsce w rejonie Tamy Hoovera. To w tym miejscu wydarzy się pierwsza wielka tragedia. Akcja nabiera tempa, a minęło dopiero 20 minut od napisów początkowych.

Gdy tylko do LA doszły sygnały o tym, co wydarzyło się na tamie, Ray otrzymuje rozkazy od swojego przełożonego. Nikt zdaje sobie sprawy z tego, że to, co wydarzyło się w pobliżu Vegas, to dopiero początek czegoś większego.

„San Andreas” jest filmem, który idealnie wpasowuje się w schemat kina katastroficznego, znanego nam z przeróżnych wcześniejszych produkcji. Mamy więc ojca, który zrobi wszystko, by ratować rodzinę. Jest wątek ponownego pojednania, jest zły bohater, który nie może uniknąć kary za swoje czyny i tak dalej, i tak dalej. Scenarzysta nie wymyślił koła na nowo i to chyba dobrze, bo dzięki temu film ogląda się „lekko” i przyjemnie. Warto przejść się do kina i popodziwiać trochę efektów specjalnych oraz całkiem niezłą rolę „The Rocka”.

ONA:

Odkąd zaczęłam trochę bardziej świadomie określać swój gust filmowy, zdałam sobie sprawę z tego, że obok fajnych kryminałów i dobrych sensacji, strasznie lubię kino katastroficzne. Mój organizm go wręcz potrzebuje. To tak, jak nagle bierze Cię na mięso. Albo na coś słodkiego. Najlepiej jeszcze, gdy dopada Cię to w środku nocy.

Och, jaką miałam ochotę na filmowy rozpierdol! „Avengersi” byli mega, „Mad Max” też, ale do kompletnego szczęścia potrzebowałam katastrofy! Zawsze, kiedy dopada mnie nagły głód, sięgam po „Pojutrze”. Dla mnie ten film jest perfekcyjny w swoim gatunku. Jest tam jakaś historia, która nawet trzyma się kupy, są charakterki bohaterowie, jest słodki happy end – proszę bardzo, recepta na sukces. A kiedy pojawiły się pierwsze trailery do „San Andreas” – ja zaczęłam skwierczeć z radości! Tak! Nareszcie jakiś film katastroficzny! Oczywiście, po drodze były jakieś tam „Pompeje”, ale ostatnie petardy z tego gatunku to rok „2012” i „Niemożliwe” sprzed kilku lat. Teraz czas na ratowanie świata w wykonaniu Dwayne’a Johnsona!

Oczywiście, schemat „San Andreas” jest taki, jak większości produkcji z tego gatunku. Cóż, to się po prostu sprzedaje. Poza totalnym rozpierdolem, będącym hołdem dla wyobraźni grafików i montażystów, trzeba też dać tu coś jeszcze. A nic nie ma takiego brania, jak emocje: strach, miłość, nadzieja.

Ray (D. Johnson) to pilot helikoptera ratowniczego. Ma za sobą wiele misji, w tym wojennych, a teraz, już w cywilu – ratuje ludzi z opresji. Już zaraz na początku filmu pokazuje na co go stać, wyciągając z samochodu, który runął w przepaść, młodą blondynę. Niestety, prywatnie nie jest mu też zbyt lekko. Jego małżeństwo z Emmą (Carla Gugino, znana z teledysku Bon Jovi „Always”) przesłała mu papiery rozwodowe i znalazła sobie nowego narzeczonego, bogatego do granic przyzwoitości Daniela. Ray i Emma mają córkę – Blake. Mieli jeszcze jedną, ale ona utonęła kilka lat wcześniej i ten wypadek sprawił, że rodzina mocno się od siebie oddaliła. To pierwsza grupa bohaterów. Drudzy to dwoje naukowców, specjalizujących się w badaniach trzęsień ziemi. Chcą dowiedzieć się o tym zjawisku jak najwięcej, by odpowiednio wcześnie móc powiadomić ludzi i tym sposobem ich uratować. Będą mieli okazję, bo podczas badania na Zaporze Hoovera, coś bardzo tragicznego zaczęło się dziać. W ciągu paru chwil cała betonowa konstrukcja zapadła się. To wydarzenie było swoistym preludium do katastrofy, która dopiero nadejdzie. Cały uskok San Andreas, który przecina zachodnią i południową Kalifornię, zadrży…I to jak! Potem poznajemy dwóch braci z Anglii, którzy sobie podróżowali po Kalifornii, ale nie będzie im to dane. Oczywiście w samym środku tej tragedii znajdzie się rodzina Raya… Wiadomo, musi być dramatycznie.

Przyznam szczerze, że „San Andreas” robi wrażenie od pierwszych chwil. Wypadek blondyny, który otwiera całą produkcję, jest całkiem spektakularny. A to, co zacznie dziać się później – rewela. Wciskająca w fotel rewela. Co prawda wiele ze scen było podobnych do tych z „2012”, szczególnie, gdy całe miasta zaczęły się zawalać i gdy pojawiło się tsunami, ale i tak ogląda się to smakowicie. Jednak mam wrażenie, że reżyser trochę bał się docisnąć tę całą tragedię, by nie było zbyt brutalnie i krwawo, ale nadal – jest co oglądać. Ba, nawet The Rock nie jest jakoś wybitnie śmieszny. On po prostu jest tatusiem, wyjątkowo mocno umięśnionym, ale bardzo odważnym, który umie wszystko: od pilotowania helikoptera, po płynięcie łódką. Nie jest tragiczny, bo po prostu bardzo mało tu mówi. Nadrabia mimiką i napięciem. Nie jest najgorszą postacią, bo jego filmowa córka bije go na głowę. Ta to dopiero jest kukłą bez emocji! Oczywiście, film kończy się sekwencją ukazującą amerykańską flagę, która dumnie trzepocze na wietrze – to, obok „łatania” rodzinnych problemów, tych złych i strachliwych oraz dobrych i odważnych, absolutny „must have” tego typu produkcji.

„San Andreas” to bardzo fajnie zrealizowany film katastroficzny, którego ogląda się wybitnie dobrze, szczególnie, gdy ktoś lubi, gdy kończy się świat.