ON:
Pierwsze dwie części „Terminatora” stały się filmami kultowymi, które mają wierną rzeszę fanów. Świat stworzony przez Camerona przyciągał i przerażał, a widmo światowej apokalipsy, zgotowanej nam przez Skynet, wydawało się z jednej strony odległe, a z drugiej diabelnie bliskie. Pierwsze T-800 kroczące na telewizyjnym ekranie wzbudzały we mnie przerażenie i chociaż nie za bardzo kumałem fabułę tego filmu, bo miałem wtedy może 8-10 lat, to wiedziałem, że roboty z błyszczącej stali, mające zabójcze czerwone oczy nie wróżyły nic dobrego.
Minęły lata. Cameron po raz kolejny stanął za sterami i stworzył „Terminatora 2: Dzień sądu”. Film ten, jeszcze bardziej namieszał w głowach młodych fanów, a pewne elementy tego dzieła stały się ikonami popkultury. Jednakże później coś się zmieniło. Reżyser nie zabrał się za trzecią część, ani za swoistego „spin-offa” z Christianem Balem w roli głównej. Marka dostała się w ręce osób, którym chyba brakło serca.
I tak oto dochodzimy do „Terminator: Genisys”, który ma wiele błędów, zagrany jest strasznie do dupy, a wątek fabularny przekombinowany jest w kilku miejscach tak bardzo, że nie chce się nawet w to zagłębiać. Dużo tutaj minusów, ale jest też kilka plusów, a dzieło całościowo jest zjadliwe i idealnie nadaje się na wakacyjny zabijacz czasu.
Zacznę od minusów. Przede wszystkim Jai Courtney jako Kyle Reese. Jak ja nie trawię tego faceta! Z pyska wygląda jak rosyjski żigolo, a jego gra aktorska przypomina leżący nieruchomo kamień – tyle samo w nim emocji. No ale wsadzili go do tego filmu – jest już tym Reesem i stara się spełnić swoją życiową misję, która ma na celu uratowanie z rąk zabójcy panny Connor, a przy okazji zmajstrowanie jej dzieciaka, który w przyszłości pokona Skynet. No trudno, każdy ma takiego Kyle’a, na jakiego sobie zasłużył. Druga postać w tym, która ma w sobie tyle emocji co świńska półtusza, to Emilia Clarke, grająca Sarah. Może i w tej „Grze o tron” pokazuje więcej (no właściwie to pokazuje cycki), ale w “Terminatorze” jej postać jest płaska i blada, a emocje, którymi jest targana, są tak sztuczne, że dziąsła bolą. Najgorsze jest to, że ona i Jai towarzyszą nam przez 90% całej historii.
Całe szczęście ktoś wpadł na pomysł, że w filmie tym pojawi się także Arnold Schwarzenegger, który wiąże ze sobą wątki z „Terminatorów”, a przy okazji wnosi do tego obrazu odrobinę elementów humorystycznych, które pozwalają zapomnieć o parze Pinokiów i skupić na czystej rozwałce. Dzięki temu kino to daje się skonsumować ze smakiem. To coś jak paczka orzeszków – zjemy, posmakujemy i zapomnimy. Miejmy nadzieję, że kiedyś pojawi się jeszcze godny następca tej serii.
ONA:
Z czym kojarzy mi się „Terminator”? Z Arnoldem i jego genialnym akcentem i specyficzną mimiką, z kilkoma ponadczasowymi scenami, z „Mega Hitem” na Polsacie, który katował tę serię bardzo często i z czeskim dubbingiem, który z morderczego robota zrobił „elektronickiego mordulca”. Nie widziałam do tej pory ani jednej części, a i tak mniej więcej wiem o co chodzi. To dokładnie tak samo jak z „Grą o Tron”, do której też jakoś nie mogę się zabrać… Ale ten rok jest wyjątkowy, bo w kinach odświeżane są stare serie, które pozwalają na wyjątkowe spotkania z dawnymi bohaterami. Byłam zachwycona „Mad Maxem” i „Jurassic World”, mam ogromne nadzieje na grudniowe „Gwiezdne wojny”, więc szkoda zmarnować okazję.
Oczywiście na początku byłam skołowana zupełnie tak jak przy pierwszym okresie. Niby jakieś zaplecze „teoretyczne” było, ale nadal – CO TU SIĘ ODWALA?! Na szczęście po około 30 minutach połapałam wszystkie sznurki i wtedy też mniej więcej zaczęła się rozkoszna rozpierducha. Bo przecież nie poszłam na ten film po to, by przeżywać katharsis!
Mamy rok 2029. John Connor – przywódca ruchu oporu przeciwko maszynom, postanawia raz na zawsze się z nimi rozprawić. Wśród resztek ocalałych ludzi ma posłuch godny Jezusa albo gwiazdy rocka – wszyscy są w niego wpatrzeni, widzą w nim proroka, zbawcę i cholera wie kogo jeszcze. Plan Connora jest prosty: trzeba wrócić do przeszłości i zlikwidować to, co po latach zrobiło jedną wielką rozpierduchę, zabijając ogromne ilości ludzi i robiąc z ich schedy pasztet. Osobą, która wróci do dawnych czasów, ma być Kyle Reese – jego wierny kompan. I tak oto mężczyzna pojawia się w latach 80. ubiegłego wieku, poznaje Sarah Connor i razem mają ocalić świat. Niestety, po drodze się trochę zmieniło. Po pierwsze, Reese ma nie tylko chronić dziewczynę, ale i zrobić jej dziecko, po drugie – najpewniej zginie, a po trzecie – likwidacja felernego oprogramowania, które doprowadziło do buntu maszyn, wcale nie będzie takie proste. Ale oczywiście w odpowiednim czasie pojawi się On.
Co myślę? Ano podobało mi się. Podobało mi się praktycznie wszystko, poza kilkoma elementami. Ja wiem, że to sci-fi, ale lubię, jak mimo wszystko jest w tego typu filmach trochę sensu. Chociaż nie powiem – efekty, które przeczą prawom fizyki były tu całkiem niezłe. Schwarzenegger oczywiście gra tu pierwsze skrzypce i mimo lat ciągle wygląda dobrze. Jego aktorstwo to temat na niejedną rozprawę naukową, ale skoro jest w branży tak długo, to widocznie z jakiegoś powodu. Jest tu uroczym robotem, który mimo tego, że nie zaprogramowali w nim uczuć – czuje. Na swój specyficzny sposób. Ba, pod koniec seansu miałam już naprawdę na końcu powiek łzę i powoli dochodzę do wniosku, że trzeba zbadać poziom hormonów, bo wzrusz na „Terminatorze” nie wróży niczego dobrego. Jai Courtney i Emilia Clarke robią tu tylko za tło. Co dalej? Ja strasznie lubię, gdy w akcji czy sensacji pojawia się dowcip – ciężki, chamski i idealnie doprawiający cały seans. Tu tak jest. No i jest cudowny rozpierdziel, który tylko w kinie – na dużym ekranie i z odpowiednim nagłośnieniem ma sens. Rozkosznie się to dzieło oglądało. Bawiłam się wyjątkowo dobrze, aż mam ochotę nadrobić poprzednie części przygód dzielnego Terminatora, który za wszelką cenę chciał ochronić Sarah Connor.
