ON:
„Matrix Reaktywacja” zaczyna się dokładnie w tym miejscu, w którym skończył się „Matrix”. Zabieg ten ma pokazać, jak bardzo połączona jest to historia. I po prostu została pocięta na części na wymogi kina. Kto przesiedzi przecież około 7 godzin na jednym seansie? Tyle, że jednak to, co było odkrywcze i zaskakujące w „Matrixie” w „Reaktywacji” jest nudnym kiczem i totalną zapchajdziurą. Trochę szkoda.
Agent Smith okazuje się być niepowstrzymanym i niepokonanym wirusem, który zżera system. Maszyny dowiadują się gdzie jest Zion i chcą zniszczyć ostatni bastion ludzkości, a Neo popierdziela po kolejnych miejscach w poszukiwaniu Wyroczni oraz pary bliźniaków posiadających pewien klucz. Wachowscy brną jeszcze dalej w swój bełkot i starają się na siłę pokazać jakieś drugie dno, którego tutaj nie ma. Szukanie go jest z góry spisane na straty. Nie trzeba się wysilać. Kontynuacja „Matrixa” jest filmem przeciętnym. Po kilkudziesięciu minutach zdajemy sobie sprawę, że to wszystko już było, a producenci i twórcy chcą wyciągnąć od nas kasę. Nowoczesne kung-fu zaprezentowane przez Noe oraz Agenta Smitha wygląda sztucznie i ma dłużyzny. Ten film spokojnie mógłby być krótszy. Upychanie kolejnych scen z pseudofilozoficznymi rozmowami, miało nam wynagrodzić nudę zaserwowaną podczas mordobić i strzelanin.
Gdy siadam do seansu po 12 latach od premiery zastanawiam się skąd ten zachwyt? Na pewno w 2003 roku film mógł zachwycać efektami specjalnymi, na pewno znajdą się osoby, które uważają, że nazywanie kolejnych postaci imionami osób z mitologii pomoże w wytłumaczeniu widzom, co Wachowscy mieli na myśli. Ja jednak przegrałem z „Matrixem Reaktywacją” poddałem się i wydaje mi się, że zrobi to samo wielu innych widzów. Może gdy miałem te dwadzieścia kilka lat czułem ogromne podniecenie podczas seansu tego filmu. Teraz – chyba zdziadziałem, a może po prostu wydoroślałem i nie masturbuję się przy średniej jakości kinie, które kiedyś mogło rzucać na kolana.
ONA:
O borze! Ależ się męczyłam! Okazało się, że tak, tę część też widziałam. Przypomniałam sobie po scenie pocałunku między Monicą Bellucci i Keanu, i autentycznie – zazdrościłam mu. Niestety, ten film był dla mnie już super męczący i tak naprawdę ma jedną epicką scenę, a reszta równie dobrze mogła rozgrywać się w każdej innej scenerii. Och, jak się męczyłam. Jeśli w poprzedniej części wszystkiego było dużo, tak w tej to wszystko eskaluje jeszcze bardziej. Na dodatek mnogość wątków, motywów i to ciągłe przeplatanie się światów, dla mnie było tak chaotyczne i nieposkładane, że męczyłam się na tym filmie strasznie. Ale sprzedał się – pewnie bazując bardzo mocno na tym, że poprzednik był ogromnym hitem.
Widać też te 4 lata różnicy pomiędzy kolejnymi częściami. Natomiast to, co było perfekcyjne w „Matrixie” – w „Reaktywacji” jest już bardzo przeciętne. Scena na autostradzie wyrywa z kapci, ale cały film taki powinien być – szczególnie jeśli chodzi o dźwięk, montaż i efekty.
Nudziłam się, irytowałam, byłam zawiedziona i rozdrażniona. To bardzo typowe, że druga część nie potrafi podnieść sukcesu pierwszej i ją kontynuować.
A co do Bellucci… Czasami mam wrażenie, że ją zatrudnia się do takich epizodów tylko po to, by włożyć jej nazwisko do kampanii reklamowych. Na ekranie jest przez chwilę, oczywiście ocieka tam seksem i zmysłowością, ale dla tak wspaniałej aktorki, to trochę potwarz, a przynajmniej tak mi się wydaje…
