ON:

Jestem psiarzem. Nie ukrywam tego, że lubię zwierzęta, ale psy kocham najbardziej. Każdy czworonóg, który jest w pobliżu, może czekać na miły gest. Wzruszają mnie zdjęcia z lecznic i schronisk, które publikowane są na Facebooku i jeśli bym tylko mógł, to brał bym każdego psiaka do siebie. Niestety, nie ma takiej możliwości. Poza tym mam najcudowniejszą córeczkę Bowie, która ma całą moją miłość.

Z tego też powodu z niecierpliwością czekałem na film pod tytułem „Max”. Z trailera wynikało, że będziemy mieć do czynienia z piękną opowieścią o bohaterstwie, przyjaźni i oddaniu. Właściwie po seansie mogę stwierdzić, że jest to film o tych rzeczach, a przy okazji jest on naiwny, płytki i głupi. Rozumiem, że mamy do czynienia z kinem familijnym, ale wydaje mi się, że twórcy powinni zachować chociaż odrobinę realizmu, którego w pewnym momencie zaczyna brakować, a każdy absurd goni kolejny. Trochę szkoda.

Na początku tego dzieła możemy przeczytać kilka informacji o psach, które służą w armii, między innymi podczas konfliktów na Bliskim Wschodzie. Jednym z takich czworonogów jest Max. To psina jest bardzo wierna i oddana swojemu panu. Gdy młody chłopak walczy z terroryzmem, jego rodzina w USA żyje spokojnie pod swoim dachem. Jedyny problem, to niepokorny nastoletni syn Justin, który piraci gry, rozbija się na rowerze i jest tak bardzo zbuntowany, że non stop ma skwaszoną minę. Pewnego dnia, do ich domu przyjeżdżają wojskowi żandarmi, informują, że starszy syn zginął podczas walk. Z tą tragedią trudno się pogodzić. Kilka dni później na pogrzebie dochodzi do incydentu. Do kościoła przybywa jeden z żołnierzy ćwiczących psy, ma ze sobą Maxa, który dosłownie dostaje szału, gdy widzi trumnę i czuje w niej ciało swojego pana. Po ceremonii nie daje do siebie podejść, aż do chwili, gdy w jego pobliżu pojawia się Justin. Wtedy psina pokornieje i daje się trochę okiełznać. Pewnie znacie już ciąg dalszy. Pies wędruje do rodziny. Na początku mieszka w klatce na podwórku, a jego tresura to niezły hardcore. Potem pojawia się młoda „czikita”, która jest ekspertem od psów i z dnia na dzień robi z Maxa kanapowego pupila. To jeszcze nie koniec – pojawia się wątek kryminalny, jest nawet trochę strzałów i pogryzienie, ale nie będę Wam spolerował. Może ktoś chce obejrzeć to dzieło.

„Max” nie zachwyca historią, ani grą aktorską. Pewnie mając 12 lat, oglądałbym ten film z wypiekami na twarzy. Obecnie to bardzo przewidywalna, oklepana opowieść dla dzieciaków, którą można obejrzeć przy niedzielnym obiedzie. Trochę szkoda, bo zapowiadała się naprawdę fajna historia.

ONA:

Bardzo mnie ten film zawiódł. Wydawało mi się i właściwie takie było moje założenie, że „Max” będzie kolejną piękną opowieścią o tym, jak cudowne są psy i jak bardzo mogą odmienić ludzkie życie. Niestety, w tym dziele poruszono taki ogrom wątków, zaczynając od rodzinnej tragedii i utracie bliskiego na wojnie, po nielojalność, przemoc, szemrane interesy, na problemach na linii ojciec-syn i pierwszych miłostkach. „Psiej” miłości tu bardzo mało.

Poza tym, ten film jest po prostu słaby technicznie. Wygląda bardzo mizernie pod każdym względem. Nie ratuje go absolutnie nic. Aktorzy są okropni, bardzo mdli i skrajnie niecharakterni. Nie zapamiętujesz ich twarzy, ani głosu… Całość przypomina dość marną produkcję telewizyjną, która tylko sili się na poważny film. A szkoda, bo temat, a raczej założenie fabuły, jest bardzo szlachetne.

Męczyłam się przeokrutnie. Liczyłam na piękne emocje i wzruszenie, a dostałam irytację. Mięciutko zrobiło mi się tylko raz, podczas sceny pogrzebu, ale poza tym, jest skrajnie drętwo. Nienawidzę takich filmów, bo mam wrażenie, że kompletnie zmarnowałam czas, a mogłam po raz kolejny obejrzeć „Mamma Mia!”.