ON:

Serię „Need for Speed” poznałem w 1994 roku, kiedy to na moim średniej jakości PC-cie starałem się wyciągnąć największą możliwą rozdzielczość, a przy okazji płynność rozgrywki. Przez kolejne lata grałem w każdy pojawiający się tytuł mający NFS w tytule. Chyba nie będzie ogromnym zaskoczeniem, że jak 90% graczy ukochałem sobie wydane w 2003 i w 2004 roku Undergroundy. To najlepsze, najbardziej dopracowane i dopieszczone gry z serii. Były trochę przekoloryzowane, ale miały w sobie magię, coś, czego w „Need for Speed” brakuje już od wielu lat.

To nie nowy „Underground”

Później pojawił się jeszcze całkiem udany „NFS: Most Wanted” oraz „NFS: Hot Pursuit”. Nie ukrywam, że wciągnął mnie zrywający z ulicznymi wyścigami „Shift”, ale żaden z nich nie był już tak bardzo dobry, jak gry z lat 2003 i 2004. W końcu pojawia się zapowiedź „Need for Speed” (2015), który ma wrócić do korzeni, którego marketingowcy z EA zachwalają pod niebiosa, i który ma być duchowym spadkobiercą „Undergroudów”. Wszystko wygląda tak pięknie, wydaje się takie prawdziwe, a później zadajemy sobie sprawę z tego, że nic nie jest takie, jak na początku zakładaliśmy. „Need for Speed” (2015), to po prostu kolejna gra, która jest ładna, ma bardzo dobrze wyreżyserowane i zagrane przerywniki filmowe, daje całkiem niezłą frajdę, ale nic poza tym. Nie otrzymujemy nic, co byłoby nadzwyczajne, nic, co chociaż trochę przypominałoby najlepsze tytuły z serii.

Chłopak bez twarzy i aktorzy z jajami

Nasz bohater to koleś, który podobno potrafi jeździć. Przypadkowo trafia do Ventura Bay, gdzie spotyka ekipę wyścigowych maniaków – osób, które tak jak i nasze alter ego, lubią wcisnąć gaz do dechy. Chyba najmocniejszą stroną nowych wyścigów jest wspomniana, filmowa historia. Nie chodzi nawet o fabułę, bo ta jest jest prosta i dość nijaka, ale o to, jak jest zagrana. Czasami bywa ona bardzo „ziomalska”, ale chyba tego nie da rady uniknąć. Wcielający się w swoje role aktorzy są przekoloryzowani i na maksa nakręceni. To jest naprawdę fajne i niestety to jedna z niewielu pozytywnych rzeczy. Niestety nasz koleś to niemowa, która przez całą grę nie otworzy pyska ani razu. Trochę szkoda, bowiem wydaje się przez to taką laleczką kierowaną przez kumpli. Strasznie to do dupy.

Nocne wyścigi i tryb online

W nowej grze, za którą stoi studio Ghost Games nie ma zbyt wiele nowego jeśli chodzi o samą rozgrywkę. Znów ścigamy się nocami na ulicach wielkiego miasta, a konsolowi przeciwnicy zachowują się jak to w grach Need for Speed bywało w sposób dość nieobliczalny. Może AI jest mniej gumowe niż w „NFS: Hot Pursuit”, ale także potrafi doprowadzić nas do wściekłości. Wystarczy, że jedziemy zbyt dobrzy i okazuje się, że nasi przeciwnicy popierdzielają jak szaleni po drodze, w zakręty wchodzą bez błędu, a na prostej nie idzie ich dogonić, wystarczy jednak, że powinie się nam noga i od razu zwalniają, a nawet pozwolą się trochę dogonić. No kurde, to trochę dziwaczne i często bardzo denerwujące.

Inna sprawa, że do gry często mogą dołączyć się prawdziwi gracze, ale jazda z nimi potrafi być uciążliwa. Niejednokrotnie utrudniają oni wyścig, zamiast nam w nim pomagać. I tutaj dochodzimy do kolejnej bolączki. Internet w grze jest praktycznie obowiązkowy. Oczywiście możemy pograć samodzielnie offline, ale nie ma szans na wycalakowanie tego tytułu, gdy nie jesteśmy podłączeni do sieci.

Zabawy w garażu

Chyba wyrosłem z tuningu samochodowego oferowanego w NFS-ach. Forza Horizon pokazała mi, że cały system może być jednocześnie prosty i efektowny. Jednak nowa gra wraca trochę do korzeni. Opcji „przerabiania” auta jest naprawdę bardzo dużo. Możemy zmieniać poszczególne elementy auta, zaczynając od opon a kończąc na karoserii. Pod maską także jest wiele do namieszania i chociaż znów nie ma tutaj nic nowego, to mamy radość tworzenia. Może dobrze, że twórcy nie wprowadzili zbytnich udziwnień w tym elemencie gry. Sam tuning nie jest obowiązkowy i bez niego można ukończyć całą grę. Więc jeśli ktoś lubi się ścigać, a nie ma ochoty grzebać pod maską, to może to zrobić.

Wszystko pięknie, ale…

Nowa gra ze stajni EA, jest tytułem bardzo nierównym. Z jednej strony świetnie zagrana, ale płytka historia, z drugiej gumowate AI i dość skąpa różnorodność rozgrywki. Stawiają grę na niższej niż „premium” półce. To nadal dobra gra, tyle, że nie spełniła oczekiwań fanów pod jednym względem. Nie jest to „Underground 3”. Pozostaje taka dobra rada dla developerów. NIe obiecujcie graczom czegoś, czego dać im nie chcecie.