ONA:

Kiedy oglądałam „Amy” mój największy zarzut dotyczył tego, że ten dokument nie objawił mi niczego nowego o tej piosenkarce. Ani mną nie wstrząsnął, ani nie poruszył. Nie poczułam empatii, nie mówiłam „Oj, biedna Winehouse”. Okej, nigdy nie należała ona do moich muzycznych faworytów, chociaż twórczość znam. Mam do niej ogromne pretensje, że swojego talentu zrobiła wyłącznie pożywkę dla szmatławych gazet. 

Za to dziś napiszę o dokumencie o innym muzyku. Jest on zdecydowanie bliżej mojego serca i to od lat. Plus sam film jest dokładnie tym, na co liczyłam. Panie i panowie, Kurt Cobain i „Montage of Heck”.

Dokument ten pokazano podczas Festiwalu Filmowego Sundance. Pojawił się też w kinach, no i w telewizji HBO, która wyprodukowała to dzieło. Jak można się spodziewać, opowiada ono o frontmanie jednego z najważniejszych zespołów rockowych, jakim była Nirvana. Można im zarzucać wiele, ale znaleźli dla siebie miejsce w sercach wielu fanów. Znaleźli swój styl, byli poetyccy, a przy tym bardzo brudni i garażowi. Ich najbardziej komercyjny album stał się trochę gwoździem do trumny Cobaina, ale zanim to się stało, zanim idol pokolenia strzelił sobie w głowę, minęło trochę czasu.

„Montage of Heck” opowiada o Nirvanie i Kurcie w bardzo dokładny sposób. Co ważne – również w szalenie intymny i prywatny. Cobaina pokazano nie tylko jako „głos pokolenia”, ale też jako człowieka, męża, ojca, przyjaciela. Bez scenicznego wizerunku. Z wszystkimi demonami, ale też z wszystkim tym, co było w nim fascynujące i piękne. Oczywiście, z miejsca pojawiły się głosy, że to nędzna próba przywrócenia „pop kulturze” muzyka, na którym pojawiła się już warstwa kurzu, ale po seansie można tę teorię obalić. To bardzo wartościowy materiał, w którym analiza jest chłodna, ale… jest w niej coś takiego wyjątkowego. Fan będzie wzruszony i poruszony, uzupełni wiedzę, doświadczy czegoś nowego. O Nirvanie i Kurcie wypowiadają się osoby bardzo blisko z tym „produktem” związane, chociaż pisanie o tym zespole jako „produkcie” to bardzo wielki błąd z mojej strony. Nie powinnam, ale wiecie o co mi chodzi. Oczywiście całość opatrzona jest świetną muzyką, archiwalnymi materiałami, wspomnieniami, zapiskami. Osoba, która nie znała historii tego zespołu i jego lidera, może być zaskoczona tym, że Nirvana nie była wyłącznie zespołem słynącym z koszul flanelowych i tłustych włosów, z żyłami podziurawionymi od igieł i z finałem w postaci strzelby umieszczonej w ustach.

Ten dokument jest dokumentem perfekcyjnym. Nie ma słabych elementów. Odsyłam osoby sympatyzujące z tą muzyką, bo będą zachwycone. Ja się nawet trochę popłakałam.