Phillip Meyer - Syn - recenzjaZ powieściami obyczajowymi jest tak, że albo są nudne jak flaki z olejem i chcemy sobie podczas lektury wydłubać oko – patrz „Lalka” – albo są takie, że nie potrafimy się od nich oderwać. Taka jest dla mnie „Pogoda dla bogaczy”, którą uważam za arcydzieło. Teraz na półce, obok jednej z moich ukochanych książek, mogę z czystym sumieniem postawić „Syna” Phillipa Meyera. To kolejny przykład na to, że czytanie o życiu, kulturze, przemianach społecznych może być ekscytujące i zapierające dech w piersiach. Phillip Meyer – “Syn” – recenzja

Teksas wydaje się być najbardziej amerykańskim stanem. To przecież tam mieszkali cowboye, tam wydobywana jest ropa naftowa, to ziemia mlekiem i miodem płynąca. Jest to jednak bardzo mylny tok myślenia. Tak samo, jak w „Pasie rdzy”, i tutaj najlepszy czas dla wielu osób już minął. Bogaci potentaci nadal tu wprawdzie żyją, ale o wiele więcej osób klepie biedę, miasta są wyludnione, a socjal to podstawa egzystencji. Na północy Stanów Zjednoczonych wdrożono specjalne programy, pomagające bezrobotnym ojcom przestawić się, przebranżowić się i stać się mamami, gdyż to kobiety przejęły w wielu rejonach rolę głowy rodziny, która przynosi do domu pieniądze.

Meyer pokazuje Teksas od 1849 roku i prowadzi nas przez jego ostępy przez kolejne lata, aż do czasu naftowego bumu. Przemiany społeczne, które mają wówczas miejsce, są tłem dla historii rodziny McCullough. To właśnie najmłodszy z niej, Eli, przeżywa atak Komanczów na ranczo, gdzie mieszkał wraz z rodziną. Wyrżnięci bliscy postawieni zostali na terenie zagrody, a ich krew wsiąkła w ziemię, która miała być ich domem. Eli miał trochę szczęścia w nieszczęściu. Jego zaradność pozwoliła mu stać się przybranym synem wodza plemienia i stanąć u jego boku. W pewien sposób porzuca on swoje korzenie i staje ramię w ramię z Indianami, gdy ci muszą walczyć o swoje życie oraz zabierane przez wojsko i osadników tereny. Niestety choroby, głód i żołnierze wybijają jego „drugą rodzinę” i w ten sposób znów zostaje sam. Brak poczucia przynależności, wewnętrzne rozterki zmuszają go do rozpoczęcia podróży pełnej przygód, ale też grozy, tragedii. Eli ma jednak cel – chce mieć władzę, chce być bezpieczny, chce być kimś. Dzieje Eliego przeplatają się z historią Petera, jego syna, oraz Jeanne Anne, jego prawnuczki. Oboje niosą pewne brzemię swojego przodka.

Meyer, zafascynowany historią Teksasu, postanowił pokazać jego surowość oraz to, jakimi zasadami kierowali się jego mieszkańcy na przestrzeni lat. Podobnie jak we wspomnianej „Pogodzie dla bogaczy”, rodzina jest najważniejszą jednostką społeczną, a honor i przywiązanie do ziemi – siłą sprawczą wielu zdarzeń. Oddanie życia za bliskich staje się czymś, czego nie potrafią zrozumieć inni ludzie. W całej opowieści znalazło się też miejsce na rozprawienie się z przeszłością. Mordowanie Indian, zabijanie Meksykanów, wyżynanie całych wiosek były czymś, czego biały anglosaski kolonista się obawiał. Zdobywanie ziemi miało odbywać się każdym kosztem, nawet tym zbierającym żniwo krwi. Eli nie obawia się dążyć do celu, ucząc się od otaczającego świata „zabójczej skuteczności”. Dla niego poczucie winy, wyrzuty sumienia to tylko puste słowa. Jego syn nie potrafi sobie z tym poradzić i zżera go świadomość, że musi odkupić winy swoich najbliższych.

Phillip Meyer – Syn – recenzja