ONA:

Jedni widzą w tym filmie dzieło o sile. Inni – o geniuszu. Jeszcze inni widzą tu okrutne studium przypadku, gdy w jednej osobie kotłuje się błyskotliwy umysł, który widzi zbyt dużo. Dla mnie to film o miłości. Miłości ponad wszystko. Miłości mimo wszystko. Miłości, dla której zrobisz wszystko. Miłości, dla której warto zrobić wszystko.

Zakochać się chociaż raz. Czy jest coś lepszego?

W całym moim absolutnym nierozumieniu matematyki i fizyki, bo tak jest – dla mnie to czarna magia od zawsze, mimo, że bardzo się starałam, ten świat mnie okrutnie fascynuje. Mam w głowie mnóstwo pytań, które siedzą tam jeszcze z czasów szkolnych, bowiem nauczyciele, którzy mnie uczyli, nie potrafili mi wyjaśnić czemu jest tak, a nie inaczej. Dokładnie tak samo mam z religią. Argumenty „Bo tak” / „Bo nie” może mnie nieco „uśpiły”, ale w żadnym wypadku nie zaspokoiły. Mam w domu kilka książek bardzo fizycznych. Czekają na moment, w którym ktoś na bieżąco będzie mi to wszystko wyjaśniał, bowiem wiem, że ten świat jest okrutnie interesujący i intrygujący. Czekam na ten moment…

Ron Howard to taki rudawy pan, który ma wyjątkową rękę do opowiadania historii. „Apollo 13”, „Okup”, „Kod da Vinci” plus „Anioły i demony”, „Rush”, a ostatnio „W samym sercu morza”… I do tego oczywiście „Piękny umysł”.

John Nash – matematyczny geniusz, ekonomista, który nieco zadrwił z niektórych „branżowych” teorii. Wykładowca, laureat Nagrody Banku Szwecji. Mąż, ojciec. Schizofrenik. Tyle, jeśli chodzi o biografię…

W ciele Russela Crowe’a rysuje się bohater, który miotał się pomiędzy kilkoma światami. Najpierw poznajemy go jako studenta, który sam sobie postawił za cel osiągnięcie czegoś spektakularnego. Poznajemy jego przyjaciół, rywali, poznajemy początki jego kariery. Wreszcie poznajemy ją – Alicię (Jennifer Connelly).

„Piękny umysł” opowiada nam o tym, jak wyglądało życie Nasha od studiów po odebranie Nagrody Nobla. Mamy tu pierwsze niepowodzenia i sukcesy, mamy miłość, która ewoluuje, a pokochanie ścisłowca i stworzenie z nim czegoś, co jest oparte na emocji, a nie na logicznym układzie, podejrzewam, że może być ciężkie. Mamy też całkiem spory zwrot akcji, kiedy okazuje się, że to, co widzimy, bohaterowie, których widzimy, są wyłącznie halucynacją bohatera.

„Piękny umysł” to piękny film: pięknie zagrany, okraszony pięknymi zdjęciami i muzyką. To piękna historia, która pokazuje, że tak… jest lek na wszystko.

John i Alicia zginęli w wypadku samochodowym 23 maja 2015 roku.

ON:

Może teraz będę bluźnił, ale „Piękny umysł” mnie nie urzekł. Nie zrobił tego ani w 2002 roku, kiedy pierwszy raz widziałem go w kinie, ani teraz. Po prostu ta opowieść jest dla mnie nijaka.

W historii opowiedzianej przez Howarda są mocne strony. Jest to przede wszystkim Russell Crowe, grający Johna Forbesa Nasha Juniora oraz Jennifer Connelly, która wciela się w rolę jego żony. Ta dwójka we wspaniały sposób oddaje tragedię tego genialnego matematyka. Connelly pięknie pokazuje, w jaki sposób można kochać osobę z tak ogromnymi problemami. Rozumiem, że mamy do czynienia z dramatem, że to biografia i pewnych rzeczy się nie da się zmienić. Jednak dla mnie całość jest filmem, jakich było wiele. O wiele bardzie przemawiał do mnie „Buntownik z wyboru”, który wydaje mi się bardziej przystępny dla widza.

„Pięknemu umysłowi” nie można odmówić klasy oraz wielkości. To kino na wysokim, bardzo hollywoodzkim poziomie, którego jeszcze przez lata będą zazdrościć inne kinematografie. Nie można powiedzieć, że to dzieło, które zostało słabo zagrane, bo mijałbym się z prawdą. To produkcja, w której zadbano o każdy szczegół, jednak dla mnie to nadal bardzo przeciętny i mało interesujący film. Może kiedyś uda mi się obejrzeć go raz jeszcze i wtedy zmienię swoje zdanie. Okaże się za jakiś czas.