ON:

Wydaje mi się, że francuskie kino przoduje w europejskiej kinematografii. Filmy z tego kraju często są lepsze od hollywoodzkich produkcji. Niestety, czasem zdarza się trafić na zgniłe jajo i tak właśnie było w przypadku „Seryjnego zabójcy nr 1”.

Historia ta opiera na faktach, na wydarzeniach, które rozpoczęły się na początku 1991 roku. Wtedy do wydziału zabójstw w centrum Paryża trafia młody inspektor Frank Magne. Jako świeżak, chłopak ma za zadanie przejrzeć stare raporty ze spraw. Przeglądając dokumenty trafia na sakta zamordowanej młodej pięknej kobiety, która najpierw została zgwałcona, a następnie zadźgana nożem. Jego upór oraz kolejne ciała, które miały na sobie podobne ślady, doprowadzają do kolejnych aresztowań. Nie jest jednak łatwo trafić w dziesiątkę za pierwszym razem. Policyjne śledztwo się ciągnie jak flaki z olejem, poszczególne komórki nie chcą ze sobą współpracować, a zabójca nie zostawia na miejscu zbrodni praktycznie żadnych śladów. Mijają lata, a sprawa toczy się dalej. Rodziny zamordowanych dziewczyn i kobiet nie wierzą już w sprawiedliwość i nawet policja coraz mniej się angażuje w rozwiązanie zagadki gwałtów i morderstw. Wtedy nadchodzi przełom, gdyż morderca robi jeden mały błąd.

Seans „Seryjnego zabójcy nr 1” nie jest żadnym przeżyciem. To film, w którym brak jest tego czegoś. Wydaje się, że wszystko jest poprawne, ale po dwóch godzinach seansu zdajemy sobie sprawę z tego, że przez te 120 minut z ekranu wiało nudą. Zdjęcia są poprawne, gra aktorska także, ale całość wykonania trochę trąci myszką. Brak tutaj odpowiedniego tempa, brak akcji, a odkrywanie kolejnych elementów układanki zupełnie nie daje frajdy. Ocenę tego filmu zaniża jeszcze „Marsylski łącznik”, którego widzieliśmy kilka dni wcześniej. Tam każda minuta tego show była odpowiednio przemyślana, kamera dobrze poprowadzona, a aktorzy świetni. Patrząc na „Seryjnego zabójcę nr 1” przez pryzmat tamtego filmu okazuje się, że dzieło opowiadające o mordercy kobiet jest po prostu słabe. Dla mnie film na jeden raz i to tylko wtedy, gdy nie macie już nic innego do obejrzenia.

ONA:

Znowu francuski kryminał? Ano, znowu. Miało być fajnie i klimatycznie, a wyszło trochę niemrawo, chociaż sama historia jest szalenie ciekawa.

Mamy początek lat 90. ubiegłego stulecia. Młody gliniarz wpada na trop seryjnego mordercy, który lubuje się w dziewczynach. Gwałci je, zabija, cholera wie, czy na pewno w takiej kolejności. Jakieś tam poszlaki są, ale tak naprawdę to niewiele można wyciągnąć z nich wniosków. Okej, technologia w tych czasach nie była równie spektakularna, co teraz, kiedy to wracamy do super dawnych spraw i co ciekawe – kończą się one doprowadzeniem do prawdy, ale w tym filmie obnażona została przede wszystkim niekompetencja wielu osób, dziurawość systemów i wiele innych bzdur, które niewinne osoby zamykają w pudle, a winne – zostawiają na wolności.

Atmosfera w tym filmie jest napięta w bardzo fajny sposób. Ciągle bohaterowie krążą wokół spraw – nowych i starszych, analizując każdy szczegół i wyciągając braki ze śledztw.  Zaczynają wreszcie łapać trop. Jak pies, który początkowo sunie nosem gdzie się da, by wreszcie wyrwać przed siebie, prowadzony jak po sznurku, do konkretnego celu.

Niestety, ja spodziewałam się innego filmu. Wiecie, coś na pograniczu kolesi z Departamentu Q, „Taken” (1&2, 3), czy nawet tego naszego „Ziarna prawdy”. „Seryjny zabójca numer 1” to jednak film dużo bardziej wygaszony, spokojniejszy, gdzie atmosferę buduje się innymi sztuczkami, ale są one niestety dużo słabsze. Ten film jest po prostu przegadany. Nagły zryw mamy dopiero na samym końcu, ale to jest o wiele zbyt późno.

Niemniej, obejrzeć można. To całkiem dobrze zrobione kino europejskie, z bardzo fajną historią oraz z takim „mentalnym” drugim dnem. Mamy tu mnóstwo świetnych kadrów, bardzo charyzmatyczną obsadę. To bardzo poukładane dzieło, tylko niestety, trąci nudą. Siedzisz wpatrzony z ekran, próbujesz utrzymywać zaciekawienie, ale wygodzi z tego guzik. Ziewasz, bawisz się wystającą nitką, rozważasz pomalowanie pokoju, mieszkania, domu, domu sąsiada. Nastawiłam się niestety zbyt mocno. Zderzenie się z zawodem jest wówczas zazwyczaj bardzo bolesne.