ON:
Chyba się starzeję, bowiem czasami potrafią spodobać mi się filmy, które mają wszystkie cechy złego kina. Tyle że jeśli zaczynam analizować te obrazy na nowo, to zdaję sobie sprawę z tego, że to naprawdę głębokie, przemyślane i czasem potrafiące wzruszyć dzieła. Wiem, że brzmi to bardzo naiwnie, ale uwierzcie mi, że zbudowana na kliszach i bardzo oklepana opowieść o byłym zabójcy oraz nastolatku, który się z nim zaprzyjaźnia, dała mi więcej radości, niż niejedna inna historia.
„Ashby” jest mieszanką komedii, dramatu, lekkiego kina sensacyjnego i pewnie wielu innych gatunków, które pojawiają się na kilka chwil podczas tego seansu. Jego przewidywalna budowa oraz niesamowicie prosta historia stają się czymś, co potrafi przyciągnąć. Sam zdałem sobie sprawę z tego, że po kilku pierwszych minutach zacząłem się bardzo dobrze bawić. Grający Ashby’ego Rourke jest prawdziwy i przekonujący, jego młody sąsiad Ed Wallis, to chłopak, którym chciałby być każdy nastolatek, a Elois jest dziewczyną cukierkiem, która rozkwitnie w odpowiednich rękach. Zgadnijcie czyje to będą ręce. No właśnie – Eda. Całość układa się bardzo zgrabnie w historię o przyjaźni, zaufaniu, odkupieniu, miłości i oddaniu. Kolejne minuty nie dłużą się, ani nie nudzą. Oczywiście nie jest to kino, które zostanie obsypane nagrodami i statuetkami. Jego celem jest dostarczenie odrobiny rozrywki i to właśnie robi.
Jeśli znajdziecie chwilę czasu i postanowicie obejrzeć coś bardzo niezobowiązującego, to „Ashby” nadaje się do tego idealnie.
ONA:
Jakoś tak dziwnie trafiło, że w ciągu ostatnich kilu tygodni, obejrzałam wiele filmów z gatunku „urocze”. To ten rodzaj kina, który jest milutki, cieplutki, sympatyczny. Nie wyrwie bebechów, nie poruszy, nie wzruszy. Ale bawi w bardzo przyjemny sposób. „Ashby” to właśnie takie dzieło: nie wstrząśnie Tobą, ale miło możesz spędzić 100 minut.
Oczywiście ten film nakręca Mikey Rourke, który gra tu szalenie nonszalancko, ale on sobie może na to pozwolić. Mogłabym zaryzykować, że podejrzewam, że wiem jak zdobył tę rolę. Pewnie podkradł ją jakiemuś Willisowi czy innemu Stathamowi, ale był to strzał w dychę. Nie wysilał się – był po prostu sobą. Lekko opryskliwy, wredny, tajemniczy. I – z przeszłością.
„Ashby” to produkcja, na której można się trochę pośmiać, która jest przyjemna w odbiorze, ale na raz. Nie ujmuję jej uroku, bo taka właśnie jest, ale to takie kino, o którym po czasie się po prostu zapomina.
Można wrzucić jako „tło” do pracy, czy czegokolwiek innego, bo fabuła jest prosta i niezbyt skomplikowana.
