Pasażerowie – recenzja

Pasażerowie recenzja

O hesus, ależ mnie ten film wymęczył! Wiele osób mi mówiło, że jest słaby, słabiuteńki, ale myślałam, że po prostu hype odbił się od realności i w sumie to to takie 7/10. Niestety, zanim jeszcze rozpędzę się z recenzją, muszę od razu wystawić ocenę. 4/10. Nic więcej.

Pasażerowie – recenzja

Zacznijmy od podstawowej sprawy: moja wiedza na temat spraw fizyki zamyka się gdzieś na poziomie liceum, chociaż, jak na nooba, sporo czytam o tym, tylko mało z tego rozumiem. No cóż, taki typ. Ale tu trzeba być wybitnym kretynem, żeby nie zauważać tych wszystkich bzdur i bujd, które dostaliśmy od twórców. Serio, niektóre sceny bolą. I jak tu potem próbować wkręcić się w fabułę filmu, skoro ekipa robi z Ciebie kretyna? Nieładnie, koledzy, nieładnie! Takich rzeczy się po prostu nie robi!

Drugą, bardzo poważną wadą tego filmu, jest obecność Jennifer Lawrence i to praktycznie w głównej, najgłówniejszej roli. Takich rzeczy też się po prostu nie robi. Ta gwiazdka już wybuchła, niech sobie dogorywa gdzieś w odmętach Hollywoodu.

Mamy statek kosmiczny. Och, wypasiony, że hej! Nie żadne tam nudne Nostromo, ani inne Discovery One. I ten stateczek sobie frunie gdzieś w pizdy, hen w głęboki kosmos. Zapełniony jest kilkoma tysiącami osób w stanie hibernacji. Cóż, polecą kilkadziesiąt lat, trzeba ich jakoś zakonserwować. Niestety, coś się psuje i wybudza się Jim (Chris Pratt). Następne osoby mają wybudzić się za… 90 lat.

Jim przez rok wytrzymuje. Jakoś. Korzysta z usług luksusowego statku. Gra w kosza, tańczy, je, pije kawę. Drinkuje z robotem-barmanem, Arthurem (Michael Sheen), ale samotność i wizja tego, że tak właśnie umrze, go przeraża. Postanawia zrobić coś niezbyt etycznego.

I po jakimś czasie zaczyna towarzyszyć mu Aurora (Jennifer Lawrence). Zaczyna iskrzyć!

A potem wybudza się Gus (Laurence Fishburne).

No i jak łatwo się domyślać, następny etap to „Coś dziwnego dzieje się ze statkiem”.

Osobiście uważam, że najlepiej by było, gdyby gdzieś po 15 minucie filmu, cały ten statek wyjebało w otchłań ciemnego kosmosu. I niech to może będzie najkrótsza recenzja tego… dzieła.

Film jest marny, mocno przeciętny, tragicznie zagrany. Jest nudny. Lawrence udowadnia, po raz kolejny, że jest tragiczną aktorką, a Pratt… cóż – to uroczy chłopiec, który jakoś tam się odnajduje, ale tak prawdę powiedziawszy, to słabo mu idzie. Najlepszym bohaterem jest Arthur. Robot. Serio.

„Pasażerów” można obejrzeć, ale nie trzeba. Lepiej jeszcze raz sprawdzić, co robił Mark Watney na Marsie.

Tagi: Pasażerowie – recenzja, recenzja, marudzenie, filmy, blog recenzencki, blog popkulturowy
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Autor: Paulina W

Podziel się postem
468 ad
  • Ha! Oglądałem ten film z żoną dosłownie przedwczoraj. Początek fajny. Aktorów (obydwoje) bardzo lubię, niezależnie od tego, co sądzi o nich reszta publiczności. SF uwielbiam, zwłaszcza motywy podróży międzygwiezdnych.

    Początek był nawet fajny. Ale potem się zaczęło robić rzewnie, a jeszcze potem – bzdurnie.

    Przypuszczam, że większość budżetu poszła na efekty specjalne, bo aktorów tam jak kot napłakał.

    Po ostatniej scenie popatrzyliśmy z żoną na siebie, wzruszyliśmy ramionami i zgodnie stwierdziliśmy: phi.

    Drugi raz tego nie obejrzę.

    • Marudy

      To film dosłownie na jeden raz