Sebastien De Cstell Ostrze zdrajcy recenzja

„Trzej muszkieterowie” – to przyszło mi na myśl, gdy zabrałem się za lekturę „Ostrza zdrajcy”. Powieść ta świetnie łączy fantasy z elementami gatunku zwanego płaszczem i szpadą. To lektura lekka, czasem drastyczna i całkiem zgrabnie opowiedziana. Nie jest to kolejna „Czarna kompania” Glena Cooka, ale także nie pretenduje ona do tego miana. Warto dać jej jednak kredyt zaufania, bo czyta się ją jednym tchem.

Sebastien De Cstell – „Ostrze zdrajcy” – recenzja

Wielkie Płaszcze to taka przyboczna straż królewska, która w imieniu władcy strzeże porządku w państwie. Problem jest taki, że króla obalili możnowładcy, którzy chcieli sobie przypisać władzę, a co za tym idzie, trójka Wielkich Płaszczy – czyli główny bohater Falcio val Mond oraz jego towarzysze Kest i Brasti – straciła posadę. Trzeba było szybko znaleźć inne zajęcie, które nie zawsze musiało być do końca legalne i na dodatek musiało umożliwiać pozostanie w cieniu, gdyż cały czas po kraju na pewno kręcą się ci, którzy mieli na sumieniu życie króla.

Mija pięć lat. Trójka byłych „rycerzy” najęła się do ochrony pewnego szlachcica, który nie zawsze chce płacić za ich usługi. Mówi się trudno i żyje się dalej. Przemierzając ziemie królestwa stylizowanego na renesansową Europę, trzej mężczyźni starają się wypełnić ostatnią misję, jaką powierzył im władca, a przy okazji szukają zemsty. Problemowe może być to, że właśnie na nich spadło podejrzenie zabójstwa króla. Jak to bywa w takich powieściach, na ich drodze pojawi się masa przygód, zdarzeń i przeciwników. No właśnie – na brak akcji nie można narzekać, ponieważ autor, czyli Sebastien De Castell, nie próżnuje i daje nam prawdziwą karuzelę zdarzeń.

Trzeba też napisać, że jednoczenie mocną, jak i słabą stroną powieści są pewne klisze i schematy, które pojawiają się na jej kartach. Mamy tutaj bowiem pewne rozwiązania, które zawsze się sprawdzą. Jeden z przyjaciół Falcio val Monda jest głośny i rubaszny, drugi cichy i stonowany. Jeden jest mistrzem łuku, drugi włada mieczem jak nikt inny. Podobnie jest z napotkanymi osobami. Każda z nich jest inna i każda wykazuje się pewnymi cechami, które ją charakteryzują i od razu do niej przywierają. No i trzeba przyznać, że ci źli są naprawdę źli. To takie zakapiory z górnej półki.

„Ostrze zdrajcy” to całkiem udane otwarcie większej serii, która jest już w drodze. Na pewno znajdzie ona swoich fanów, właśnie dlatego, że przypomina książki spod znaku płaszcza i szpady. Jest akcja, jest wesoło, jest strasznie, jest rubasznie. Czy musimy chcieć czegoś więcej?

Tagi: Sebastien De Cstell – „Ostrze zdrajcy” – recenzja, recenzja, blog recenzencki, blog marudzenie, blog popkulturalny, recenzje książek