
„Song of the deep” jest bajką, historią, którą ojciec może opowiedzieć swojej córce do poduszki. I chociaż jest to tytuł jakich wiele, to jednak ma w sobie coś, co sprawiło, że dałem się wciągnąć. Możliwe, że po prostu potrzebowałem takiej właśnie opowieści. Song of the deep – recenzja
Za tytułem tym stoi 15 osobowa grupa ludzi z Insomniac Games. Grupa, która postanowiła spróbować swoich sił w grach innych niż te, które robili do tej pory. Nie było wielkich budżetów i niesamowitej pompy – po prostu kilki zapaleńców zabrało się za coś innego. Wyszło dobrze, czasami przeciętnie, ale nie jest to gra, którą trzeba od razu skreślić. Odrzucać może jej cena, bowiem 70 zł wydaje się trochę zbyt wiele za kilka godzin zabawy.
Bajka, która wciągnie
Merryn jest córką marynarza, który swoje życie poświęcił wyprawom morskim. Za każdym razem, gdy wypływał w morze, dziewczyna odprowadzała go wzrokiem i czekała na jego powrót. Pewnego dnia nie wrócił on jednak ze swojej wyprawy. Gdy pierwsze łzy obeschły Merryn postanawia odszukać swojego tatę. Dziewczę buduje niewielką łódź podwodną i wyrusza na poszukiwania. Podczas tej niesamowitej podróży okaże się, że wiele opowiedzianych przez ojca historii było prawdziwych. Podwodny świat jest bardziej barwny i tajemniczy, niż się to wydawało.

Pierwsze godziny gry sprawiają, że naprawdę czujemy się jak w bajce. Głos narratorki opowiada o wydarzeniach, które dzieją się na ekranie, a my staramy się wcisnąć naszą małym okrętem w każde miejsce. Chcemy sprawdzić każdy zakamarek i dotrzeć w każdą niedostępną część mapy. Założenie gry jest takie, że nikt nie prowadzi nas za rączkę, część miejsc jest dla nas niedostępna i możemy do nich wrócić w dalszej części gry, gdy ulepszymy nasz pojazd. Te ulepszenia pozwalają nie tylko pchnąć fabułę do przodu, ale także odnaleźć poukrywane bonusy, które ułatwią nam rozgrywkę. Każdy element łodzi może być dodatkowo zmodyfikowany w podwodnym sklepie prowadzonym przez kraba pustelnika.

A następnie znudzi
Gra cierpi jednak na powtarzalność i wtórność. To największe jej bolączki. Brak pewnej świeżości, czegoś, czego nie było w innych tytułach. Pozostawienie gracza samemu sobie także może być denerwujące, bo w kilku miejscach naprawdę trzeba spiąć poślady, aby ogarnąć, co się dzieje na ekranie. Przeszkadza w tym bezwładność okrętu, który czasem po prostu sunie tam, gdzie jemu się żywnie podoba. Do tego dochodzą momenty, w których naprawdę nie wiemy co zrobić. Sam ukończyłem grę bez rozwiązania dwóch zagadek, bo po prostu nie miałem pojęcia, co w danym miejscu zrobić, a uwierzcie próbowałem wszystkiego. Taka mała wskazówka na najeżki działają torpedy zamrażające i gorące. Zobaczycie co dzieje po strzale. Wyszukiwanie poukrywanych „znajdziek” też w pewnym momencie może znudzić, bowiem gdy już rozwiniemy na maksa łódź u kraba, wspomniane sekrety nie są do niczego potrzebne.
„Song of the deep” jest ładne, bardzo klimatyczne w pierwszej części gry i potrafi dać dobrą zabawę. Niestety, wszystko trwa za krótko. Znużenie przychodzi po 2 godzinach, a dokończenie gry może być męczące. Ja sam bawiłem się całkiem nieźle, ale wiem, że gdybym oceniał ten tytuł przez pryzmat braków i wtórności, to na pewno oceniłbym go dużo gorzej. Gra do ogrania, ale poczekajcie aż spadnie jej cena.
