Marudzenie – blog popkulturowy

Piszemy o popkulturze – grach, filmach, książkach i muzyce

Baner MUZYKA RECENZJA

St. Lucia – Matter

ON:

29.01.2016 roku jest dla mnie bardzo ważną datą. Tego dnia na rynku pojawił się nowy krążek St. Lucia pod tytułem „Matter”. Niestety, nie udało mi się odsłuchać go wcześniej, ponieważ założyciel zespołu Jean-Philip na Facebooku odpisuje bardzo rzadko na wiadomości, a w Polsce dystrybutorem „krążka” jest Sony Music Polska. Krążek specjalnie wziąłem w cudzysłów, bowiem na naszym rynku płyta nie pojawiła się w wersji fizycznej. Widocznie władające koncernem tęgie głowy stwierdziły, że wydawanie płyty w krainie Smoka Wawelskiego mija się z celem. Jeśli chcecie posłuchać „Matter”, to pozostaje wam dystrybucja cyfrowa. Na szczęście na pomoc przyszedł Deezer, tam płyta była dostępna w dniu premiery i to w tym miejscu miałem okazję znów wrócić do lat 80-tych i 90-tych.

Koniec końców album przyjdzie mi zamówić zza granicy. Szkoda, bo czuję się znów jak w 1995 roku, kiedy płyty NIN i „Porcupine tree” kupowałem się tylko na Amazonie lub eBbay. Działo się tak ponieważ w Polandii nie było sklepów z prawdziwego zdarzenia. Rzeszowski „Fono kram” walczył o klienta całkiem ciekawą ofertą, ale potrafił też dojebać ceną, a wydanie 80 zł na nowy krążek w tamtych czasach było dla mnie kosmosem. Z jednej strony czasy się zmieniły, wolny rynek, globalna wioska i brak barier zakupowych, z drugiej – nadal pewna zaściankowość i podejście do klienta, które przypomina mi, jak to było ponad 20 lat temu. Ostatecznie większe wsparcie otrzymałem od Jean-Philip Groblera, który porozmawiał ze mną na Facebooku i zaproponował pewne rozwiązanie, inne niż to, jakie zaproponowało mi Sony Music Polska na Twitterze. Mówi się trudno. Koniec jednak wylewania żali. Jeden mało znany pasjonat muzyki pewnych rzeczy nie przeskoczy. Skupmy się na krążku, który po prostu urwał mi dupę!

When the night”, o którym pisałem jakiś czas temu, zaskoczył mnie swoją budową. To była płyta kompletna, bardzo spójna i co najważniejsze – garściami czerpiąca z mojego ukochanego okresu muzycznego, czyli lat 80-tych. Wychowany na muzyce tamtego okresu zakochany jestem w klawiszach, elektronicznych, popowych brzmieniach i tej śmiesznej, „cyfrowej” perkusji. To wszystko, a nawet więcej,pojawiło się na tamtej niesamowitej muzycznej produkcji.

Gdy St. Licia zapowiedział nowy krążek czekałem jak gołąb z parku na okruchy rzucane przez staruszków. Czekałem i dziubałem drobiny, które pojawiały się w socialach. To sampel nowej piosenki, to znów filmik zamieszczony na YT. Śledziłem wpisy na FB i TT, a co najważniejsze – czuwałem. Czuwałem, czekałem i marzyłem, by w dniu premiery włożyć krążek do czytnika, a potem oddać się radości słuchania. Niestety, odbyłem niesamowitą podróż w czasie. Wsiadłem do wehikułu, który przeniósł mnie do dnia, w którym płyty znów kupuje się na Amazonie/eBayu. W międzyczasie musiałem zadowolić się odsłuchem online. I tak rozpoczęła się moja podróż do krainy dźwięków.

Pierwsze zapoznanie się z „Matter” było dla mnie dość dużym zawodem – poważnie. Zakochany „When the night” szukałem w następcy tego krążka, czegoś, co przypominałoby tamten album. Pojawiały się tutaj maleńkie elementy, ale nie tworzyły one tego spójnego obrazu, jaki dawała debiutancka produkcja. Tego samego dnia zasiadłem do „Matter” raz jeszcze. Założyłem słuchawki i wtedy stało się to „COŚ”. Dzieło St. Lucia kopnęło mnie w jajka i położyło na deski. Przede wszystkim zacząłem odkrywać, jak wiele smaczków Jean-Philip zamieścił w poszczególnych utworach.

„Matter” jest złożone z dźwięków mojej młodości. Otwierający płytę „Do You Remember” przypomina mi osiągnięcia Madonny z czasów Material Girl, czy też Cyndi Lauper, gdy biegała i krzyczała, że „dziewczyny chcą się po prostu zabawić”. Wyśpiewane w tle chórki, to właśnie ta pigułka, która przenosi nas znów do czasów natapirowanych włosów, kolorowych ubrań i gumy balonowej. Jednak to kolejny utwór – „Home”, pokazuje, jak świetnym artystą jest Jean-Philip Grobler. Rytmiczne, bardzo elektroniczne klawisze, towarzyszą nam podczas odsłuchu, ale to nie one tworzą całą atmosferę elektroniki lat 80-tych. To coś innego, to pojawiające się wraz z upływem kolejnych sekund kolejne sample oraz rozłożony na dwie ścieżki wokal. Gdy wskaźnik minie 1:30 należy przygotować się na kaskadę dźwięków, które po prostu miażdżą. Nie można jednak przegapić końcówki, która jest fantastycznym nawiązaniem do „When the night”. Opuszczę „Dancing on glass”, które było pierwszym singlem promującym najnowszą produkcję. Można było go słychać przez kilka ostatnich miesięcy. „Phisical” jest za to bardzo skoczną ścieżką, której głowa siła tkwi w refrenie. Typowo dyskotekowy kawałek sprawdzi się także na koncertach, gdy będziemy do niego skakać. Świetne jest też wyciszenie, które pojawia się w drugiej części tej piosenki. Czas teraz na „The winds of change”, które jest starszym muzycznym bratem utworu „When the night”. To także pełna energii piosenka, która nadawałaby się do muzycznego klubu wypełnionego dymem, światłami i kolorowymi laserowymi wiązkami. Do klubu, gdzie pod sufitem kręci się kryształowa kula, a barman, ubrany w siateczkowy podkoszulek, spod którego widać klatę, serwuje nam drinki. Chwilę pozwoli nam odpocząć balladowe „Love somebody” i znów wracamy w bardzo dyskotekowe klimaty, wszystko dzięki „Rescue me”. Które zaczyna się bardzo podobnie, jak „Waterfront” Simple Minds, tyle, że tempo jest dużo większe. To nie jedyne podobieństwo pomiędzy tym utworem a piosenką SM. Sprawne ucho wychwyci więcej cech wspólnych. Trwający praktycznie sześć i pół minuty jest jednym z trójki najlepszych kawałków znajdujących się na tym albumie.

Na „Matter” znajduje się łącznie 11 ścieżek, 11 małych perełek, które aż proszą się o odsłuch, same wpadają do głowy i zmuszają do nucenia. St. Lucia po raz kolejny dostarcza fanom muzykę na najwyższym poziomie, która przypomina mi, jak fantastycznym okresem dla muzyki były lata 80-te.