ON:

„Cloverfield Lane 10” to z jednej strony film bardzo dobry i intrygujący, a z drugiej totalnie przewidywalna, oklepana popkulturowa papka, która zbudowana jest na schematach i szablonach. I chociaż pierwszy „Cloverfield” nie rzucał na kolana, to miał w sobie coś, co spowodowało, że chętnie wróciłem do tego obrazu 3 może 4 razy. Jeśli chodzi o CL10, to na razie nie mam tego syndromu, a obraz bardziej mnie zmęczył, niż rozerwał.

Nie można odmówić temu dziełu klimatu. Jest on ciężki, mocno klaustrofobiczny, czerpie garściami z amerykańskiej psychozy związanej z wojną atomową. Jest tutaj miejsce dla faceta, który chce być przygotowany na wszystko i ma własny schron pod swoją działką. Jest dziewczyna, która znajduje się tutaj zupełnie przypadkowo i nie wierzy w to, co opowiada właściciel bunkra. Jest też trzeci bohater tej tragedii, młody mężczyzna, który także ląduje tutaj dość przypadkowo, tyle, że jemu nie śpieszy się aż tak bardzo do wyjścia na zewnątrz.

Reżyser Dan Trachtenberg buduje napięcie bardzo szybko. Od samego początku wiadomym jest, że coś się wydarzy i chociaż typowej akcji jest tutaj bardzo mało, bowiem klimat zbudowano na dialogach, to i tak mamy do czynienia z nieźle skonstruowaną i opowiedzianą historią. Grozę zbudowano nie przy pomocy potworów, ale przy pomocy jednego bohatera, który wydaje się być aniołem stróżem wszystkich mieszkańców małej „enklawy”. Niestety, im bliżej końca, tym wszystko wydaje się bardziej miałkie, a ostatnie 15 minut filmu zniszczyło to, co budowano przez ponad godzinę. Szkoda.

Nie można jednak porównywać „Cloverfield Lane 10” do starszego brata. Te dzieła są tak inne, jak aktorzy, którzy w nich grają. W filmie sygnowanym nazwiskiem J.J. Abramsa zrezygnowano z trzęsącej się kamery i walącego się miasta, na poczet psychodelicznego poczucia zaszczucia i beznadziei. Część zamierzonych efektów napewno uzyskano, ale dużo zabrakło, aby całość rzucała na kolana. Dlatego CL10 polecam tylko fanom gatunku, inni widzowie mogą poczuć się zawiedzeni.

ONA:

John Goodman wygrywa wszystko w tym filmie. Mary Elizabeth Winstead zawsze będzie dla mnie córką dzielnego Johna McClane’a. A „Cloverfield”, znany w Polsce jako „Projekt: Monster”, to film, który podobał mi się tylko dlatego, że nie miał ckliwego, szczęśliwego zakończenia. I ktoś wpadł na pomysł, żeby Goodmana, Winstead i podstawę z filmu z 2008 roku włożyć do kupy i zobaczyć co z tego wyjdzie. Wyszło… no cóż, nie powiem. Wyszło całkiem nieźle, chociaż wątpię, żebym kiedykolwiek za to dzieło zabrała się jeszcze raz.

Nie chodzi o to, że jest tragiczne. Chodzi o to, że tajemnicą sukcesu tego dzieła, jest element zaskoczenia. A trzeba przyznać – jest ich tu sporo.

Oczywiście, jak na tego typu produkcje, jest tu też w pip skretyniałych uproszeń, które są do wyłapania nawet przez osobę, która ma małą wiedzę na temat biologii, chemii, fizyki. Ale zaszczucie, klaustrofobiczna ciasnota, dziwność. Kilka scen, które sprawiają, że rozszerzasz oczy i usta, i przez moment nie bije Ci serce.

W sumie dość długo nie potrafiłam rozszyfrować kto jest kim i jak bardzo ma spizgany umysł.

Mam w sumie tylko jedno zastrzeżenie: szkoda, że twórcy nie pociągnęli jeszcze bardziej nie kończenia filmu w sposób – niestety – dość oczywisty. Wówczas byłby bardziej wartościowy i obdzierający ze złudzeń.

Poza tym, lubię Goodmana.