The Surge – recenzja

The Surge - recenzja

Ok, nie jestem wielkim fanem „Soulsów”. Przede wszystkim chyba już jestem za stary na takie ciągłe umieranie i ponownie zabijanie tej samej grupy przeciwników. Wkurza mnie napierdzielanie się z kolejnymi wielkimi bossami, którzy zabijają nas jednym pierdnięciem. Nie mam problemu z tym, że zginę, bo zrobię błąd, nie mam problemu z wysokim poziomem trudności gier, ale „Soulsy” mnie po prostu wkurzają.

The Surge – recenzja

Niby klon, ale nie klon

W całym tym pierdyliardzie tytułów pojawił się „Lords of the fallen”, którego trochę ograłem, ale finalnie nadal był to klon gier tego typu. Na pewno prostszy, ale nadal wymagający. Na PS4 wyszedł „Bloodborne”, który także powiela ten rodzaj rozgrywki i też wydaje się być nieco łatwiejszy. Wszystkie te gry mają wspólną cechę, wszystkie w jakiś sposób ocierają się o świat fantasy. Bohater lata z mieczem, toporem, czasem może strzelić z łuku lub pistoletu. Dostajemy do wykończenia całą masę różnej mniej lub bardziej przyjaznej dla nas menażerii i tak naprawdę to tyle. Gry te nagradzają i dają satysfakcję, to na pewno, ale ja już chyba z tego wyrosłem.

The Surge - recenzja

No ale pojawia się „The Surge”, za które odpowiada studio Deck13. Trzeba przyznać, że zmiana klimatu otoczenia tego typu gier wychodzi na dobre. W „The Surge” bowiem zamiast zabijania kolejnych potworów walczymy z masą mniejszych lub większych robotów, które zbuntowały się przeciw ludziom. Ale od początku.

Z kamerą wśród robotów

Nasz bohater ma na imię Warren i porusza się na wózku inwalidzkim. Marzy o tym, aby móc chodzić. Pomóc w spełnieniu jego pragnienia ma korporacja CREO, która zajmuje się robotyką oraz nowoczesnymi technologiami. Dzięki zaimplementowaniu egzoszkieletu mężczyzna będzie mógł się poruszać. Tyle, że coś idzie nie tak. Już sama operacja nie przebiega w sposób, który spełniałby wszelkie procedury chirurgiczne. Gdy Warren dochodzi do siebie, leży gdzieś na terenie kompleksu, ubranie ma zakrwawione, a jakiś mały robot chce dobrać się do jego nogi. Tutaj tak naprawdę zaczyna się nasza przygoda. W siedzibie korporacji dochodzi do szeregu dziwnych wydarzeń, o których wspomniałem wcześniej. Wszystko prowadzi do tego, że musimy przebić się przez hordy kolejnych przeciwników. Aby dowiedzieć się, co tak naprawdę się stało, musimy rozmawiać z napotkanymi postaciami, czytać dzienniki i zapiski w terminalach. Opowieść bowiem prowadzona jest w sposób pozbawiony jakichkolwiek przerywników filmowych. Dlatego, aby poznać historię, musimy czytać, i to dużo.

The Surge - recenzja

Soulsy, ale nie do końca

„The Surge” rozgrywką przypomina inne gry tego typu. Każdy bezpośredni atak na przeciwnika, nawet tego słabego, może się dla nas skończyć wpierdolem. Każdy nieprzemyślany ruch to przeważnie utrata energii, a w najgorszym przypadku śmierć. Z drugiej strony na wszystkich przeciwników jest sposób, a dodatkowo, gdy ich dobrze potłuczemy, możemy wykonać finishera, który od razu sprowadza niemilców do parteru. Na pomoc przychodzi nam też możliwość awansowania bohatera, chociaż ciężko mówić tu o typowym drzewku umiejętności. Mamy coś, co zwie się rdzeniem i jego poziom określa, ile elementów wyposażenia możemy „włożyć” na postać. Mamy też implanty dające różnego rodzaju umiejętności. Ostatecznie, aby stworzyć odpowiednią do naszego trybu gry postać, musimy testować i kombinować. W moim przypadku było tak, że starałem się wsadzać w postać maksymalną ilość ulepszeń zwiększających zdrowie, gdyż – mimo dużo niższego poziomu trudności niż w „Soulsach” – i tak często dostawałem łomot.

The Surge - recenzja

Sama walka też trochę się różni od tej znanej. Przede wszystkim podczas ataku na przeciwnika możemy wybrać, w którą część „ciała” uderzymy. Niektóre są bowiem delikatniejsze, inne mniej podatne na obrażenia, a ich odcięcie sprawia, że otrzymamy np. schemat nowego pancerza. Aby jednak taki schemat wypadł, musimy wykończyć wroga przy pomocy finishera. Od tego też zależy, jak będziemy walczyć. Możemy szybko kończyć pojedynki, atakując w części „miękkie” lub dłużej bawić się z wrogiem, ale mieć pewność, że otrzymamy nowe, niezłe schematy.

Mała, wielka przestrzeń

Gra nie posiada ogromnej ilości lokalizacji, a często się zdarza, że trafiamy do tego samego miejsca kilka razy. Nie oznacza to jednak, że będziemy się nudzić. Plansze nie tylko możemy przemierzać w poziomie, ale także w pionie. Na pomoc przychodzą nam platformy i wciągniki, które pozwalają wyjeżdżać i zjeżdżać na kolejne poziomy kompleksu. Skróty, które możemy otworzyć, umożliwiają dotarcie do odległych przejść i w dalszej części gry skracają nam czas dojścia do celu. Chociaż mamy do czynienia z „zamkniętymi” przestrzeniami, to całość nie jest monotonna i wygląda całkiem dobrze.

„The Surge” to produkcja bardzo dobra. Mniej wymagająca niż inne gry tego typu, ale nadal karze graczy za szarżowanie i brak przemyślanej strategii. Jednak, jeśli wszystko dobrze zaplanujemy, jeśli będziemy wyciągać wrogów z grupy i znajdziemy na nich sposób, to przyjemność z przemierzania kompleksu CREO będzie ogromna. To tytuł, w który zagrać należy.

Tagi: The Surge – recenzja, recenzja gry, recenzje gier, blog marudzenie, blog popkulturowy, blog marudzenie
Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Autor: Dawid

Podziel się postem
468 ad
  • Soulsy są super 😀 A The Surge spróbuję, ma być demo w przyszłym tygodniu ponoć.

    • Marudy

      Ja już za stary na to jestem 😀