Walter Tevis - Człowiek, który spadł na Ziemię - recenzja

Z klasycznymi powieściami SF jest tak, że przeważnie pod płaszczem swojej historii przemycają społeczne problemy, żale i strachy. Nie inaczej jest w przypadku „Człowieka, który spadł na Ziemię” Waltera Tevisa. Otoczka science-fiction jest bowiem przykrywką dla refleksji na temat ludzkości, człowieczeństwa i problemów, które zżerają nas wszystkich.

Walter Tevis – Człowiek, który spadł na Ziemię – recenzja

Wydana w 1963 roku niedługa, bo około 200-stronicowa powieść, przemyca wiele wątków, ale też osobistych refleksji i rozważań autora na temat zimnej wojny. Chociaż akcja książki rozgrywa się dużo później, to jednak jej bohaterowie często pokazują, jak bardzo przeraża ich wizja atomowej, ale i nie tylko takiej zagłady. Jest to także powieść, która z wielkim szacunkiem podchodzi do nowoczesnych technologii, rozwiązań i co za tym idzie – przemian, jakie one umożliwiają.

Nie są to jednak główne wątki tejże opowieści, chociaż pojawiają się w niej i trudno je przeoczyć. Tevis skupia się na człowieku, jego naturze i psychice. Główny bohater, Thomas Jerome Newton, to postać niezwykła, bardzo osobliwa. Posiada on niesamowite ilości pieniędzy, jest wynalazcą, uwielbia sztukę i przejawia niesamowitą uczciwość. Jednocześnie jest to osoba skryta,  kontaktów z ludźmi, w tym z własnymi pracownikami. Można by powiedzieć, że jest po prostu nieśmiały, ale tak naprawdę skrywa on inną tajemnicę. Jest bowiem przybyszem z kosmosu, przedstawicielem rasy, która żyje wiele lat świetlnych od Ziemi. Jego jednoosobowa szalupa, bo tak można nazwać okręt, którym przybył, została wysłana na Ziemię w celu pomocy. Pobratymcy Newtona umierają na ojczystej planecie, on sam został wybrany jako członek ekspedycji ratunkowej, gdyż wykazywał się większą niż inni odpornością.

Przebywanie wśród Ziemian uczy go wielu rzeczy. Kolejne dni, tygodnie, miesiące pokazują mu, jak wielkie są różnice pomiędzy nimi. Alienacja jest jeszcze większa, gdy dochodzi do jego konfrontacji z pracownikami rządu. Koniec końców, zawsze wyjdzie z nas ta część, która sprawia, że obawiamy się wszystkiego, co nieznane i tajemnicze. Niszczymy to, co piękne, nie zastanawiając się, jakie będą tego konsekwencje.

Walter Tevis na 200 stronach rozebrał na czynniki pierwsze współczesną cywilizację, ludzkie zachowania i wybory. To powieść inna niż „Obcy, w obcym kraju” Roberta A. Heinleina, który także wnikliwie analizuje społeczeństwo i zasady, jakie nim rządzą, a wszystko opisywane jest przez przybysza z Marsa. Tamto dzieło jest uznawane za jedną z książek, które ukształtowały Amerykę; na pewno budziło kontrowersję w czasie, gdy została ona wydana, czyli w 1961. Między tamtą powieścią, a „Człowiekiem, który spadł na Ziemię”, są tylko dwa lata i aż ponad 600 stron różnicy. Są to jednak dwa zupełnie inne studia cywilizacji, każde na swój sposób wyjątkowe i kultowe. Co ciekawe, książka Heinleina chyba zestarzała się dużo bardziej niż powieść Tevisa. Ta druga pozycja jest bardziej aktualna i uniwersalna, przynajmniej taka jest moja opinia.

„Człowiek, który spadł na Ziemię” to smutna historia tego, że jesteśmy najmądrzejszymi zwierzętami i jednocześnie najgłupszymi z mieszkańców Ziemi.

Tagi: Walter Tevis – Człowiek, który spadł na Ziemię – recenzja, książki, recenzja, Wydawnictwo MAG, blog popkulturowy