ONA:

Uwielbiam go. Totalnie. Przepadam za tym jak mówi, jaki jest charakterny, jak chodzi, jak jest zbudowany. Uwielbiam patrzeć na jego cyniczny uśmiech, z pogranicza łajzy i drania. Uwielbiam jego żart, tak cierpki i ostry, że doprowadza mnie do gęsiej skórki. Uwielbiam to jak patrzy na kobiety, jak nonszalancko poprawia koszulę, jak leje się po mordach z tymi wszystkimi zbirami. Daniel Craig to mój ulubiony Bond. Trafia w moje najczulsze i najwrażliwsze miejsca. Mogłabym wpatrywać się w niego godzinami…

No i ostatnio wpatrywałam się przez 2 i pół.

Niestety, „Spectre” mnie nieco zawiódł, ale o tym za moment.

Bond od dłuższego czasu walczy z jednym przeciwnikiem, który ma wiele twarzy. Było „Casino Royale”, potem „Quantum of Solace”, był genialny „Skyfall”, a teraz „Spectre”. Bond vs ten zły. Nareszcie poznamy go z bliska.

Trochę samowolnie, jednak przy wsparciu najbliższych współpracowników, James próbuje dobrać się do tajemniczej organizacji. Kieruje nim nieco z zaświatów M, która jak wiadomo – zginęła w „Skyfall” i umierała w ramionach swojego ulubieńca. „Znajdź go i zabij” – tak brzmiała ostatnia wiadomość od M, który nikomu nie był tak wierny i lojalny, jak jej.

Po tropach, do celu. Nikt nie potrafi z taką skutecznością łączyć kropki, by pokazały wyraźny obraz. Jest skuteczny, tam gdzie się pojawi, najpewniej zostanie wielki rozpierdol, kilka rozkochanych kobiet i kilka trupów. Pierwsza akcja: Meksyk. Potem przez moment był w Rzymie, gdzie pocieszał świeżo upieczoną wdówkę, potem Londynie, gdzie dowiedział się, że młody i ambitny gryzipiór chce zupełnie zlikwidować oddział z licencją na zabijanie, zastępując go danymi. Człowiek vs. informacja. Ale mimo tego, że James działa teraz wbrew wszystkim, to i tak nie ustępuje. Jego celem jest organizacja, której szefuje jego…

Nic więcej nie zdradzę! Ale dzieje się sporo. Jest kilka zaskoczeń, chociaż samo prowadzenie fabuły jest bardzo „bondowskie”.

Zacznę od plusów. Obsada. Och! Craig to Craig, biorę go całego. Fajnie było zobaczyć Ralpha Finnesa w roli nowego M, ale dla mnie prawdziwymi petardami tej części byli Naomie Harris jako Moneypenny i Ben Whishaw jako Q. Są takim młodym tchnieniem. Pojawia się tu też Andrew Scott, który ma jakiś dar do grania lekkich psycholi z wielkimi wizjami i aspiracjami. On ma coś psychicznego w oczach. Oczywiście wszystkie media bębnią też o tym, że gra tu Christoph Waltz, ale dla mnie nieco oklapło, no i Monica Bellucci, która na ekranie jest strasznie krótko. Za krótko. Niemniej, finalnie tworzy to całkiem sensowną opowieść. Nowa „dziewczyna” Jamesa nie zrobiła na mnie za to zupełnie wrażenia. Wydaje mi się, że po Vesper żadna z nich nie będzie w stanie zmienić mojego zdania. Vesper była najlepsza. Charakterna, cięta, inteligentna iiiiiii tak skrajnie tajemnicza.

Mamy tu wszystko to, co powinno być w filmie o Bondzie. Jest spektakularność, jest akcja, są zaskakujące zwroty. Są zabawki, piękne samochody, jeszcze piękniejsze lokalizacje i taka psychologiczna gra pomiędzy poszczególnymi bohaterami. Wszystko byłoby super, gdyby nie to, że… ta część jest trochę… Oklepana? Nie, to zły wyraz. Nudna? Zbyt mocne określenie. Po prostu czegoś mi tu brakuje. Czegoś, co widziałam w „Casino Royale” i w „Skyfall”. Było to wszystko, co uwielbiam, tylko to było jakieś takie… puste. Jak czekoladka bez nadzienia.

A poza tym… Czy istnieje życie bez Craiga w roli Bonda? Nie chcę nawet o tym myśleć.

Idźcie do kina. To piękne widowisko.

ON:

Na „Spectre” szedłem beż żadnego nastawienia. Ponieważ zakochany jestem we wszystkich craigowskich Bondach – nie obawiałem się złego kina, nie martwiłem, że 007 zawiedzie. Po prostu czułem, że będzie dobrze. I pomimo tego, że najnowsze przygody agenta Jej Królewskiej Mości nie zasługują na miano wspaniałych i nie rzuciły mnie na kolana, to uważam, że nie można „Spectre” zarzucać, iż jest kinem nudnym lub nieprzemyślanym.

Sam Mendes postanowił zakończyć historię w sposób widowiskowy. Dwie i pół godziny, które musimy pędzić w kinie, mijają szybko, wydaje mi się nawet, że trochę za bardzo. Jednocześnie pojawia się tutaj kilka dłużyzn, które spowalniają akcję, ale nie na tyle, żeby przynudzać. Najnowszy „Bond” trzyma poziom poprzedników i pomimo wielu zarzucanych mu wad, jest filmem spójnym, nawiązującym do poprzednich przygód z Craigiem w roli agenta 007.

Bond po trupach dąży do swojego celu, a mianowicie chce dorwać osobę odpowiedzialną za wszystkie poprzednie wydarzenia. Wiadomo przecież, że to na rękach tego osobnika jest krew Vesper. Mendes zaczyna opowieść w Meksyku. Podczas święta zmarłych dochodzi do wybuchu, pościgu i kilku trupów. Wszystko w imię wyższego dobra. Czy nie lepiej poświęcić kilka istnień, aby uratować tysiące? No właśnie. Jednakże działania 007 nie są rozpatrywane w ten sposób. M go zawiesza. Sam też nie ma lekko, ponieważ program 00 wisi na włosku. Wszystko za sprawą niejakiego C, młodego, ambitnego i cholernie upartego pracownika wydziału bezpieczeństwa. Jego celem jest wprowadzenie programu współpracy pomiędzy dziewięcioma mocarstwami. Międzynarodowy „program szpiegowania” ma pozwolić na zapobieganie wszelkim zagrożeniom. Ego i ambicja C jest wielka, ogromna. Bond jest więc na smyczy, którą lekko luzuje Q, ryzykując własną karierą. Na pomoc przychodzi także Moneypenny, która dla 007 zrobiłaby przecież wszystko.

„Spectre” pomimo tego, że jest kinem rozrywkowym pokazuje jeszcze jedną rzecz. Niesie pewne przesłanie. Żyjemy w czasach inwigilacji, a nasza wolność zależy od technologi, która może nas podglądać na każdym kroku. Uwypukla to w jednej ze scen M, przywołując w rozmowie Orwella i jego Wielkiego Brata. Mendes pozwolił sobie na kilka takich drobiazgów, które są lekkim puszczeniem oka w stronę widza. Jest tak między innymi podczas sceny pościgu samochodowego, czy walki z ochroniarzami w ośrodku pośród ośnieżonych szczytów. James już dawno porzucił mnogość gadżetów, na rzecz siły mięśni i bystrości umysłu. Nadal ma kilka przydatnych drobiazgów, ale nie są to rzeczy niebywałe.

Zakończenie zaserwowane przez Mendesa trzyma poziom. Pozwala nam czerpać przyjemność z tego obrazu, a to chyba najważniejsze. Warto zobaczyć „Spectre” w kinie.

Na zakończenie taka konkluzja, którą już jakiś czas temu udowodnił Chaz Reingold. Najlepsze dupy wyrywa się na pogrzebach.