ONA:

Ależ ja się męczyłam podczas oglądania tego filmu… To jedno z tych dzieł, które oglądasz 2 godziny, po czym okazuje się, że minęło 15 minut. Ten film jest słaby, nudny i o niczym. Och, przepraszam – on jest o meandrach ludzkiego umysłu…

Ja podczas seansu czułam się, jakby ktoś jednocześnie borował moje zęby bez znieczulenia, na ślepo i ze sadystycznymi zapędami robił mi depilację woskiem i do tego kazał słuchać posłanki Pawłowicz.

Ten film jest tak zły, że resztkami mojej moralności postanowiłam napisać Wam dlaczego, by ustrzec Was przed tym pieprzonym koszmarem.

Mamy Alice (Kristen Wiig). Alice to kobieta „w pewnym wieku”, która trochę nie za bardzo radzi sobie ze swoim życiem. Ma zaburzenia psychiczne, które co prawda umożliwiają jej funkcjonowanie w społeczeństwie, ale tak… bez szału. A potem okazuje się, że wygrała w loterii fortunę. Nie mając za bardzo wszystkich „w domu”, za to z ekstremalnie lekką ręką – kupuje sobie talk show. Talk show o niej. Talk show, który jest tak skrajnie bzdurny, tak bardzo zły, że już samym początku chcesz wydłubać sobie oczy i włożyć je do uszu…

Nie wiem o czym jest ten film. Jeśli miał pokazać problemy psychiczne – to nie wyszło. Jeśli miał być o tym jak roztrwonić fortunę – to też nie wyszło. Jeśli miał być o ludziach – to masz ochotę zabić się i błagać los o to, byś w następnym wcieleniu stał się żukiem, który całe życie będzie toczył se gówno.

Oczywiście Wiig podołała w tej popieprzonej roli, bo to dobra aktorka, która z jakiegoś niezrozumiałego dla mnie powodu lubuje się w takich dziwnych kreacjach, ale jej wybór. I niestety, to jedyny plus tego dzieła. Jest nudny, irytujący, chaotyczny i kompletnie pozbawiony chociażby fragmentów, które byłyby ciuteńkę zabawne.

Ten film jest skrajnie żałosny.

ON:

Poświęciłem 87 minut swojego życia, aby obejrzeć „Welcome to me”. Przez te 87 minut można zrobić następujące rzeczy: obejrzeć dwa odcinki dobrego serialu, przejść 3 levele dobrej gry, posłuchać kilku płyt, przeczytać sto, może sto pięćdziesiąt stron dobrej książki, wypić kilka piw w dobrym towarzystwie itd. Wymieniać mogę naprawdę długo. Lepiej zrobić każdą inną rzecz, niż obejrzeć to „coś”.

Dzieło niejakiej Shiry Piven jest totalnie o niczym. Opowieść poprowadzono w taki sposób, że nie wiem czy mamy do czynienia z dramatem, komedią, obyczajem, czy może jeszcze czymś innym. Rozpoczęte wątki urywają się w różnych momentach, nie mają zakończeń, nie pozwalają w żaden sposób przywiązać się do głównej bohaterki. Chaos, narracyjna mierność i niedopowiedzenia robią z tego dzieła filmowy bigos. Wszystkiego jest tutaj po trochu, każdy element jakoś nawet może smakować, tyle że doby bigoś syci i daje poczucie spełnienia, a po seansie „Welcome to me” mam co najwyżej zgagę i poczucie straconego czasu, którego nie znajdę nawet z Proustem.

Welcome to Me – recenzja marudzenie