ONA:

W kinematografii ostatnich lat niebezpiecznie często pojawia się motyw „bohatera irytującego”, przez którego mamy ochotę rozwalić telewizor/monitor, bowiem jego kreacja jest tak strasznie drażniąca, że spinamy się i zaciskamy pięści, aż nam kostki bieleją. Kiedyś miałam tak z Jimem Carrey. Obecnie klasycznym przykładem takiego paskudnego trolla jest Zach Galifianakis, a raczej nie on sam, tylko role, które on gra. Niezależnie, czy jest Alanem ze skacowanej trylogii, czy Ethanem, który wiercił dziurę w brzuchu Roberta Downey Jr. w „Zanim odejdą wody” – ja dostaje gorączki, gdy on tylko pokazuje się na ekranie. I co się okazuje? To nie koniec… Jeśli widzieliście „Kac Vegas 3” to wiecie, że Alan zbajerował pewną uroczą inaczej dziewoję, która o dziwo poleciała na jego względy, przypieczętowując swoje „uczucie” za pomocą ssania tego samego lizaka – jedna z najohydniejszych scen w światowej kinematografii. Wybranką serca kolesia z wilczej watahy została Cassie (Melissa McCarthy). Dlaczego o tym piszę? Bo przez zupełny przypadek i przy jakimś strasznym zbiegu okoliczności, zaczęliśmy oglądać „Złodzieja Tożsamości” i dwa dni po seansie uzmysłowiłam sobie, że Cassie z „Kac Vegas 3” i Diana z tego filmu, to ta sama aktorka. Boże!

 „Złodziej tożsamości” nie wiedzieć czemu przykuł moją uwagę. Gra w nim Jason Bateman, którego kojarzę z niezwykle wysublimowanych i pozytywnych ról m.in. ze “Sztuki zrywania” albo z „Szefowie wrogowie”. To taki bardzo poprawny rodzaj gry, jednocześnie elegancki i subtelny, z zerową agresją i spokojem, którego mu zazdroszczę. Bo niezależnie kto go wkurza, Jason zawsze gra rozważnego jegomościa. Ale i jemu czasem puszczają nerwy, uświadamiając mi tym sposobem, że nie jestem ostatnim nerwusem na świecie. Tym razem jego bohater jest ponownie bardzo zrównoważony. Sandy Patterson ma damskie imię, piękną żonę i dwie córki, przy czym niebawem wykluje się jeszcze jedna. Dorobił się jakimś cudem małego domku, bo jego praca, mimo jego ogromnego zaangażowania, zbytnio dochodowa nie jest. Jest to bezpośrednio związane z szefem naszego głównego bohatera, Haroldem Cornishem (Jon Febreau), który jest po prostu dziadem. Rodzina Pattersonów żyje skromnie, ale są szczęśliwi. Do czasu. Ponad dwa tysiące mil na południowy-wschód od nich mieszka pewna kobieta. Właściwie, ciężko dać jej jakieś imię, bo zmienia ona je co chwila, dopasowując do kolejnej „akcji”. Niech będzie – mieszka Diana (Melissa McCarthy). Czym się ta pani zajmuje? Ano ona trwoni pieniądze z jeszcze większą szybkością niż ja i Dejw razem wzięci. Nie ma ona ani bogatego męża, ani wuja, ani funduszu powierniczego z kilkoma zerami. Nie. Ona wykorzystuje lukę w systemie i okrada ludzi, kradnąc ich tożsamości. Posiadając imię, nazwisko, adres i numer ubezpieczenia jest w stanie zrobić wszystko. I wierzcie mi – jest w tym dobra. Spokojne życie Sandy’ego zostało brutalnie wywrócone do góry nogami po tym, gdy Diana zaczyna żyć jego życiem. Najpierw dostał telefon od salonu piękności, potem zaczęły z konta spływać pieniądze, zadłużając go okrutnie. Na koniec zostały mu założone na nadgarstki bardzo nietypowe bransoletki, z łańcuszkiem łączącym je w jedną całość. Koleś za wszelką cenę chce, ba – musi, udowodnić, że to nie on jest winny. Co robi? Jedyną słuszną rzecz: postanawia przyprowadzić winną przed oblicze sprawiedliwości. Ale Diana jest kuta na cztery kopyta. I to nie będzie łatwa przeprawa.

Ostrzegam: ta komedia irytuje równie mocno, jak ból zęba w środku nocy. Drażni, wkurza i oglądamy ją z coraz krzywszym grymasem na twarzy. Diana jest tak strasznie WKURWIAJĄCĄ babą, że jedynie poseł Pawłowicz ją bije. Fabuła jest błaha, nudna i bucowata. To ten rodzaj humoru, kiedy zastanawiasz się co to w ogóle jest i organizm nie chce z siebie wydusić nawet byle „heha”. Odważni mogą obejrzeć.

I żeby ostrzec wszystkich – mieliśmy weekend z filami typu „kupa”, po obejrzeniu których ma się ochotę rzucić wszystkim i pojechać w Bieszczady.

ON:

Oj słaby mieliśmy filmowy weekend. Nie dla tego, że nie obejrzeliśmy żadnego filmu, wręcz przeciwnie, zobaczyliśmy ich pięć albo sześć. Tyle, że trzy z nich były tak mdłe, iż nawet drinki z wódki i mirindy nie pomogły nam w dobrej zabawie. Chyba najgorsze są takie rozczarowania, jakie przeżyliśmy przy komedii, która z komediami za wiele wspólnego nie miała. Chodzi o „Złodzieja Tożsamości”.

Pomysł na ten film był dość prosty: doprowadzić do konfrontacji dwoje ludzi o bardzo odmiennych charakterach, a później postawić ich przed trudnymi wyborami oraz decyzjami. Jak widzicie to już było, między innymi w „Nic nie widziałem, nic nie słyszałem” z 1989 roku. Tym razem postawiono na duet: gruba, samotna i irytująca baba vs. koleś pracujący w bankowości, spokojny mężczyzna, przykładny mąż i ojciec trójki dzieci. Diana, bo tak zowie się kobieta, jest oszustką i kombinatorką. Jej cały majątek zdobyła dzięki naciąganiu i kradzieży. Teraz przyszła kolej na Sandy’ego Pattersona. Jak by nie patrzeć facet ma damskie imię, co bardzo ułatwia kradzież tożsamości przez krętaczkę. Wystarcza jej jeden telefon i wchodzi w posiadanie wszystkich najważniejszych danych mężczyzny. Uzbrojona w ciągi literek i cyferek duplikuje jego kartę kredytową i zaczyna się bajecznie bawić. Imprezy w knajpach, zakupy na bajońskie sumy, a koniec końców atak na policjanta i aresztowanie. Pani nie wstawia się oczywiście w sądzie, a policja pojawia się w mieszkaniu prawdziwego Sandy’ego. Bogu ducha winny mężczyzna nie za bardzo wie co się dzieje. Policjant, który go aresztuje, podaje taką masę powodów uniemożliwiających złapanie baby, że zaczynam się zastanawiać, czy oni tylko siedzą i wpierdalają pączki. Jeśli policja pracowałaby w taki sposób, to podszywanie się pod inne osoby okazuje się całkiem fajnym zajęciem. Nie dość, że jesteś bezkarny, to jeszcze możesz rujnować czyjeś życie do woli. Zdruzgotany Petterson postanawia wyruszyć do Kalifornii, gdzie doszło do przestępstwa i osobiście doprowadzić przed oblicze sprawiedliwości wrednego babona. Tak oto dochodzi do konfrontacji tych dwóch zupełnie różnych osobowości. I wiecie co wam powiem? Jest słabo, chyba nie było sceny, na której bym się zaśmiał. Wszystkie gagi są wciśnięte tutaj na siłę, baba ciągle nas irytuje, a koleś doprowadza do rozpaczy, pokazując jak ogromną można być fajtłapą. Zapomniałem dodać, że na tropie baby są: łowca nagród i “zabijaki” od jednego mafioza, który przez babon wylądował w więzieniu. Te osoby mają wprowadzić do filmu dreszczyk i wątek kryminalny. Nuuuuda. Siedzimy, a kolejne minuty filmu uciekają, a ja się zastanawiam, kiedy będzie koniec, bo męczę się niemiłosiernie.

„Złodziej tożsamości” to film zły, bez wyjątkowego pomysłu na historię, bez gry aktorskiej z całą masą absurdów. Jeśli wpadnie w Wasze ręce, to wywalcie go do kosza i znajdziecie coś ciekawszego. Dzięki temu zaoszczędzicie i czas, i pieniądze.