ONA:

Jeśli w filmie gra Sylvester Stallone – będzie napierdzielanka. Jeśli w filmie gra Arnold Schwarzenegger – będzie napierdzielanka. Jeśli w filmie gra i Stalone, i Schwarzenegger – będzie zajebista napierdzielanka i ja takie kino wybieram w niedzielne popołudnia, kiedy wilk śpi po długim spacerze, a ja oscyluję pomiędzy „JUPI, jeszcze mam weekend!” a „JAPIER#%$^, jutro poniedziałek”. Dziś – „Plan ucieczki”.

Mam nadzieję, że nikogo nie urażę stwierdzeniem, że ostatni film Mikaela Håfströma jest bardzo „twierdzowaty”. Reżyser, którego znamy m.in. z „The Rite” i z „1408” zabrał się za nieco inny rodzaj filmów, ale on również wyszedł mu przednio. Tym razem mamy do czynienia z sensacją typu „zabili go, a on i tak uciekł”, ale nie ma w tym nic złego, bowiem produkcje, które można opisać takimi słowami, od dłuższego czasu są moimi ulubionymi rodzajami. Tym razem głównym bohaterem jest Ray Breslin (S. Stallone). W pierwszych scenach widzimy go jako więźnia, ale nie jest on takim typowym skazańcem. Niewiele potrzeba by rozpracować jego plan – koleś chce zwiać. Obserwuje, analizuje, liczy, jest skupiony i zdeterminowany, i koniec końców pokazuje fuckera strażnikom, dymając ich procedury i zabezpieczenia. Zwiewa. A chwilę później okazuje się, że pan Ray zawodowo (tak, zawodowo) zajmuje się ucieczkami z różnego rodzaju aresztów, więzień itp, sprawdzając ich zabezpieczenia w ten sposób. Cała jego robota opiera się na kilku prostych punktach, którymi posiłkuje się od lat. W swoim fachu jest nieprzeciętnie dobry. Jest w stanie zwiać z każdego więzienia. I właśnie dostaje nowe zadanie… Ale tym razem jest nieco inaczej… Ba, jest zdecydowanie trudniej. Ultra nowoczesne więzienie stworzono na bazie wskazówek, jakie Breslin napisał w swojej książce. Żeby jeszcze zakręcić fabułę – Ray odcięty jest od swojej wiernej ekipy, z którą od zawsze współpracował, w pułapce dowodzi zdrowo pieprznięty Willard, ale jest też ktoś, kto okazuje się być przyjacielem  – Emil Rottmayer (A. Schwarzenegger). Zaczynamy zabawę w kotka i myszkę!

Fabuła tego dzieła jest bardzo intrygująca, a żwawe i dynamiczne zwroty akcji sprawiają, że nic nie jest oczywiste, a twórcy trochę wodzą nas za nosy. Lubię takie zabawy, lubię taką grę wstępną, przynajmniej filmową. Dla mnie tego typu sensacje są gwarancją genialnej rozrywki, a wzrok skupiony jest na ekranie, próbując przekazać do mózgu wszelkie impulsy, by udało się nieco szybciej rozwiązać całą tajemnicę. W przypadku „Planu ucieczki” miałam jakieś wyobrażenie, jakiś plan i prawie udało mi się go rozwiązać, że nie do końca. Film jest świetny, jeśli lubimy takie kino. Porywa, budzi zainteresowanie i wciąga. Jest bardzo fajnie nagrany, a główni bohaterowie mimo swojego wieku, ciągle robią jedną wielką rozpierduchę. Stara gwardia przeniosła nas w świat filmów z lat 80-tych, kiedy oni byli największymi gwiazdami, tylko realizatorsko – mamy kino współczesne. Bywa śmiesznie, bywa chamsko, leją się po mordach, a na koniec i tak mamy jedno, wielkie BUM!

Czy warto? TAK!

ON:

„Plan ucieczki” z założenia miał być filmem akcji, w którym dwa stare pryki, bohaterowie moich szczenięcych lat, postanowili uciec z super strzeżonego więzienia. Założenie było niezłe i okazuje się, że i wykonanie całkiem daje radę, dzięki czemu dostajemy całkiem sensowne kino, które pomimo wielu głupot i głupotek całkiem dobrze potrafi nas zabawić w zimowy wieczór.

Najlepiej „Plan ucieczki” oglądać z kumplami przy %, bo dzieło to sympatycznie współgrałoby z męskim wieczorem, składającym się z zakąsek, przekąsek i małej wódeczki, „która jeszcze nigdy nikomu nie zaszkodziła”. Gdy pierwszy raz zobaczyłem trailer do obrazu wyreżyserowanego przez Mikaela Håfströma, pomyślałem sobie iż, będę miał do czynienia ze współczesną wersją „Tango & Cash” i zbytnio się nie pomyliłem, bowiem kilka elementów, które widziałem w „Planie”, było już kiedyś w zastosowane w „T&C”, ale ten „plagiat” wychodzi na dobre współczesnej produkcji.

Głównym sprawcą całego zamieszania jest Ray Breslin (Stallone), który jest specem od zabezpieczeń. Posiada własną firmę pracującą przeważnie dla rządu i zajmującą się sprawdzaniem czy wiezienia na terenie USA są bezpieczne. „Ucieczki” kończyły się tak, że facet wyrywał się zza krat, a później wracał wraz z ekipą i prosto w twarz walił naczelnikowi więzienia, jak słabe mają zabezpieczenia. Wszystko za zgodą departamentu sprawiedliwości i innych rządowych agencji, mających na celu bezpieczeństwo kraju.

Dnia pewnego w biurze Breslina pojawia się atrakcyjna agentka CIA, która oferuje pięć milionów dolarów za to, że wyrwie się z najnowocześniejszego, najbardziej strzeżonego więzienia na świecie. Problemem tego obiektu jest to, że jest cholernie tajny i nikt tak naprawdę nie wie gdzie się on znajduje, a kolejna sprawa to, to że jak do niego trafisz, możesz być pewny, że z niego nie wyjdziesz. Ray zgadza się na warunki agentki i przygotowuje się do kolejnej roboty, tyle, że już na samym początku coś idzie nie tak i spec od ucieczek ląduje w furgonetce, która wiezie go w bliżej nieokreślonym kierunku. Najgorsze jest to, że „porywacze” bardzo dobrze znają sposób jego pracy i szybciutko pozbywają się lokalizatora z jego ramienia. Od tej chwili Breslin pozostaje zdany na siebie samego. Największym szokiem będzie jednak dla niego samo więzienie, będące ogromnym, dziwnym kompleksem z bezosobowymi strażnikami.

Film Mikaela Håfströma ogląda się całkiem nieźle. Stallone i Schwarzenegger pokazują, że mimo swoich lat nadal całkiem dobrze sobie dają radę na planie filmowym, ale to już było widać przy „Niezniszczalnych”. Reasumując – fajne, sensacyjne kino.