ONA:
Pamiętam jakby to było dziś, kiedy pierwszy raz zobaczyłam Roberta Downey Jr. na ekranie. Konkretnie na małym ekranie, w „Ally McBeal”, w którym to wcielał się w rolę adwokata, Larry’ego Paula. Ile ja mogłam mieć wtedy lat? Z 15? Pojawił się i zabrakło mi tchu. Zupełnie jak w „Barcelonie” śpiewanej przez Freddiego Marcury’ego i Monserrat Caballe – The moment that you stepped into the room you took my breath away. I kiedy zniknął już nic nie było równie dobre w tym serialu. Potem Robert miał przerwę na te wszystkie alkoholowo-narkotykowo-psychiczne przygody, ale wrócił. I to w jakim stylu!
Jeśli miałabym na szybko polecić jakieś jego role, to był intrygujący w „Cudownych chłopcach”, w „Kiss kiss bang bang” i w „Good night and good luck” dawał radę jak nikt, a w „An Fur” sprawiał, że serce biło szybciej, a oczy zalewały się łzami. Potem udowodnił światu, że potrafi wejść w każdą, nawet najbardziej abstrakcyjną rolę – w tym konkretnym przypadku, jako Kirk Lazarus w „Jaja w tropikach”. I wtedy jakoś też stał się najlepszym z Avengersów – został Iron Manem (1+2, 3). Absolutną wisienką na torcie zajebistości Downey Jr. okazała się kreacja, jaką stworzył w filmach o Sherlocku Holmesie. Ale zanim ten przystojny jegomość wszedł na sam szczyt, zagrał jeszcze w jednym filmie, który mocno definiuje jego talent aktorski. Ten koleś jest pieprzonym geniuszem, a im bardziej neurotyczny i dziwny bohater, tym lepiej go potrafi zaprezentować…
Nie wiem czy wiecie, ale znany, brytyjski przyrodnik, Dawid Attenborough, ma starszego brata. Richard, bo o nim mowa, ma na koncie takie monstrualne dzieła, jak „O jeden most za daleko”, czy „Gandhi”, za który zgarnął 8 Oscarów. Po 10 latach od tego wydarzenia nakręcił kolejny film, który moim zdaniem potwierdził jego kunszt. Opierając się na autobiografii podmiotu, przypomniał widzom z lat 90 postać samego Chaplina, człowieka, który zrewolucjonizował kinematografię, zachwycał talentem i odwagą – bo przecież kpił z samego Hitlera i który, zupełnie paradoksalnie, bał się filmów z dźwiękiem.
Nie mam zamiaru rozpisywać się tu zbytnio na temat fabuły – jak to zwykle w biografiach bywa, zaczynamy od jakiegoś momentu, by skończyć na innym. W tym przypadku był to pierwszy występ małego Charliego, który z ogromną odwagą próbował ratować honor matki, a zamyka go scena, w której stary, schorowany dziadeczek lada moment odbierze honorowego Oscara. Przechodząc razem z Chaplinem przez różnego rodzaju meandry jego życia, poznajemy tego człowieka bardzo dokładnie. My go znamy jako komika, mistrza gagów i udawania pijusów. Pamiętamy jego melonik i wąsik, jego śmieszne kroki. Był marzycielem, który zapragnął wejść w historię filmu – i zrobić to szturmem. To była jego największa miłość – tworzył, produkował, występował. Stał się marką samą w sobie. Komponował muzykę, tworzył scenariusze – robił ten rodzaj sztuki od A do Z. Jednocześnie, równolegle prowadził życie zgoła inne, niż moglibyśmy sobie wyobrażać. Tak zupełnie prywatnie był ciężkim człowiekiem we współżyciu. Neurotyczny, brawurowy, porywczy i jednocześnie zamknięty, cholernie niestabilny i po prostu dziwny. Na piedestał wszedł szybko, kobiet w jego życiu było mnóstwo (szczególnie nastoletnich), a sukces przetrwał do dziś. Tylko po drodze było bardzo intrygująco. W życiu byście nie pomyśleli, jaką osobą potrafił być ten król komedii…
„Chaplin” to film genialny pod wieloma względami. Przed widzami odkrywa nieznane obszary, wciąga historią o kinie – po prostu, o tym jaką drogę ta sztuka musiała przejść, żebyśmy ją znali w takiej formie, jaką mamy dziś. To również świetny portret głównego bohatera, który nieco burzy ogólnie przyjęte zdanie na jego temat. To również przykład na majestatycznie i kompletnie stworzone dzieło, perfekcyjne od początku, po koniec – dzieło, które wzrusza i porusza, daje do myślenia i nie ciaćka się z widzem, gładząc go po głowie przy pomocy trywializmów. No i na koniec Robert Downey Jr. Porywający, zaangażowany, autentyczny. Historyczna rola, odegrana brawurowo – po prostu. Robert był tak dobry, że zupełnie nie interesuje nas to, że w tym filmie pojawia się również Anthony Hopkins, Kevin Kline i Dan Aykroyd.
Na koniec coś, co popsuło mi głowę doszczętnie. Wyobraźcie sobie, że w rolę Hannah Chaplin, matki Charliego, wcieliła się Geraldine – jego córka. Piękna, wzruszająca klamra.
Aha, i miejcie świadomość, że końcowe sceny Was wzruszą.
