ON:

Wsiadacie do auta i zaczynacie powoli włączać się w sznur żyjących i mknących po autostradzie pojazdów. Stajecie się stalową krwinką w żyłach dróg i ulic. Wasza podróż będzie trwała tylko 85 minut, ale doprowadzi was na skraj, w miejsce, z którego może już nie być powrotu.

Każdy z nas musi podejmować wiele decyzji. Mają one wpływ na nasze codzienne życie. Czasem jednak ich ilość może przytłoczyć, tym bardziej, jeśli na ich podjęcie mamy niecałe 90 minut. Ivan Locke po wejściu do auta zaczyna przeprowadzać szereg rozmów telefonicznych, które postawią na głowie jego dzień i będą miały wpływ na kolejne, które po nim nastąpią. Opuszczając budowę w Birmingham kieruje się do Londynu, bowiem tam, na miejscu, musi zrobić coś, co pozwoli mu zerwać z demonami przeszłości. Krążą one wokół jego ojca, który nie należał do świętoszków. Podczas podróży kilkakrotnie Ivan rozmawia ze swoim nieżyjącym już staruszkiem. Właściwie rozmawia to złe słowo, lepszym jest prowadzi monolog. Ojca bowiem nie ma we wstecznym lusterku, ale jest gdzieś w głowie mężczyzny. Ta postać pozwala zrozumieć pewne decyzje, podejmowane przez Locke’a. Głównym bohaterem filmu nie jest jednak kierownik budowy, rewelacyjnie zagrany przez Toma Hardy’ego, ale aparat telefoniczny. To właśnie to urządzenie łączy bohatera ze światem i pozwala mu porozmawiać z żoną, synami, szefem i radnym, od którego bardzo wiele zależy. Każda osoba wnosi coś do tej historii i pozwala, tak jak nieżyjący ojciec, pomóc w zrozumieniu Ivana.

„Locke” jest filmem jednego aktora. Mężczyzna po prostu jedzie autem i rozmawia przez telefon. W tym dziele nie ma nic więcej poza dialogami, monologami i drobnymi gestami, w których Hardy jest po prostu genialny. Przecieranie oczu, zacięcia, sposób w jaki rozmawia z różnymi osobami, każda z tych rzeczy to swoista perełka. Trzeba przyznać, że reżyser Steven Knight wiedział komu powierzyć tę rolę. Dzięki temu otrzymaliśmy widowisko niesamowicie smakowite i wysublimowane, spokojne, a zarazem cały czas trzymające w napięciu. Wielokrotnie łapiemy się na tym, że staramy się przewidzieć jak dalej potoczą się losy bohatera.

Uzupełnieniem gry Hardy’ego jest piękna, spokojna muzyka skomponowana przez Dickona Hinchliffe’a. Ma on na swoim koncie klimatyczny O.S.T do opisywanego przez nas „Out of the Furnace”. Trzeba przyznać, że przy pomocy spokojnych dźwięków potrafi on nadać obrazom dodatkowej głębi, pozwala się w nich zatopić. Poza tym te albumy są wspaniałą muzyką tła, pozwalają odciąć się od świata zewnętrznego i zatopić się, np. w pracy. Polecam spróbować.

Film Knighta jest swoistym przedstawieniem, pięknie podaną dramatyczną balladą o współczesnym człowieku i jego wyborach. Warto zatrzymać się na chwile i zastanowić nad tym co nas czeka, a co jest już za nami, bowiem niektóre decyzje są nieodwracalne.

ONA:

Film, w którym gra 1 aktor, a kilku innych jedynie użycza głosy. Film, w którym przez 85 minut główny bohater pod osłoną nocy jedzie swoim samochodem i rozmawia z różnymi osobami. Idźmy dalej – film, w którym przez 85 minut mamy studium przypadku pt. „Jak za pomocą jednego, złego kroku, niezbyt przemyślanego wyboru, spierdzielić sobie życie”. Bo wiecie, pomiędzy „jednym razem” a „nigdy” jest przepaść.

Ivan Locke (Tom Hardy) ma wszystko. Ileż już było filmów, których recenzję mogłam zacząć tymi słowami… Ma rodzinę: żonę i dwóch synów, ma dom, ma fajną pracę, którą kocha i która daje mu życiowego kopa. Ma też szacunek i podziw ludzi, bowiem wszyscy jednomyślnie mówią, że Ivan to człowiek, który nie zawodzi, który jest dokładny, dobry i którego warto znać.  Wieczór miał spędzić w towarzystwie najbliższych, oglądając wspólnie mecz. Żona upiekła kiełbaski i nawet założyła koszulkę ulubionej drużyny. A rano miał pojechać na budowę, gdzie pełni funkcję kierownika i gdzie ma zostać wylany beton pod największą budowlę w Europie – budowlę, która przejdzie do historii. Niestety, los chce inaczej. Locke nie spędzi wieczoru z rodziną, ani nie pojawi się bladym świtem w pracy. Właśnie jedzie autostradą do szpitala, do kobiety, która w tej chwili zaczęła rodzić jego dziecko. Jednorazowy numerek sprzed kilku miesięcy był na tyle skuteczny, że Bethan zachodzi w ciążę. Nasz główny, właściwie jedyny bohater, czuje się w obowiązku, by towarzyszyć kochance w tej chwili. Chce wziąć odpowiedzialność za swój czyn. Podczas podróży z Birmingham do Londynu wykonuje szereg telefonów, które na zawsze zmienią jego życie i które sprawią, że straci wszystko, co miał i co cenił.

Steven Knight, reżyser i scenarzysta filmu „Locke” miał tylko jedną szansę, żeby tego typu dzieło było „jakieś”. Skoro zdecydował się na taką, a nie inną konwencję, skoro prostota tego dzieła miała powalać, co zresztą się dzieje, musiał całość oprzeć na jednym filarze. W tym wypadku filarem jest Tom Hardy, który wziął na siebie cały ciężar, całą fabułę, całą dramaturgię i wszystkie emocje do tego. Jego bohater w całej tej durnej sytuacji do ostatnich chwil chce być człowiekiem honorowym, nawet, jeśli w ciągu bardzo krótkiego czasu na własne życzenie wali sobie poukładane życie. O romansie w końcu mówi żonie, zapewniając ją o ogromie swoich uczuć i nadziei, że będzie mógł naprawić krzywdę. Kochankę zapewnia, że będzie towarzyszył jej w porodzie, a dziecko otrzyma jego nazwisko – no po prostu zajmie się nim. Zleceniodawcy obiecuje, że pokieruje całą budową w należyty sposób. Nawet to, że po drodze totalnie wszystko się wysra, nie nagnie jego charakteru i ogromnej potrzeby zakończenia rzeczy tak, jak trzeba. Jest fair, robi wszystko co może, by wszystkich zadowolić – dosłownie staje na rzęsach. W tej podróży towarzyszy mu nieustająco dzwoniący telefon, światła nocy i rozsądek, z którego próbuje wycisnąć co się da.

Wydawać by się mogło, że ten film nie urwie niczego. I on pozornie taki jest. Ale z każdą chwilą narastają w widzu emocje, skołowanie i ogromna potrzeba doprowadzenia tej historii do końca. Już po prostu chcemy wiedzieć co się stanie! Czy żona przygarnie go do domu? Czy Bethan przeżyje poród? Czy na budowie wszystko uda się, a on odzyska pracę? Początkowo byłam znudzona do granic przyzwoitości, ale w miarę „postępów” w filmie – znudzenie zostało wyparte przez przeżywanie i zaintrygowanie. „Locke” to dzieło, które warto obejrzeć z kilku powodów. To kinematograficzne i aktorskie mistrzostwo, monodram filmowy, po którym wiele osób powinno dopisać Hardy’ego do listy ulubionych i bardzo zdolnych aktorów. To również bardzo dobra fabuła, która wcale nie musi opierać się na nie wiadomo jakim efekciarstwie. No i to film, który daje do myślenia. Tak po prostu. Bo pomiędzy „jednym razem” a „nigdy” jest przepaść.