ON:

Chyba się starzeję. Oglądam film rodzinny ze stajni Disney’a i bawię się przy tym bardzo dobrze. Nie mówię o bajce, ale historii rodzinnej, która skupia się na problemach rodziców i ich dzieciaków. Co lepsze – śmiałem się, śmiałem tak na prawdę zupełnie się nie ograniczając, bo gagi i sceny, pomimo tego, że często przewidywalne – potrafiły mnie bawić.

 „Alexander and the Terrible, Horrible, No Good, Very Bad Day”, bo o nim mowa, to film, który pokazuje, że jednego dnia tak wiele rzeczy może pójść nie tak, że mamy ochotę siąść i zapłakać. Wszystko zaczyna się w chwili, gdy nastoletni Alexander Cooper budzi się rano z kawałkiem gumy do żucia we włosach. Wszystko tego dnia wywraca mu się do góry nogami. Między innymi doprowadza do podpalenia sali chemicznej, dostaje do opieki świnkę morską jednego z nauczycieli, a na koniec dowiaduje się, że jego przyjęcie urodzinowe raczej się nie odbędzie, bowiem bardzo popularny chłopak ze szkoły robi tego samego dnia party na pełnej pompie. Zrezygnowany, po całym dniu robi sobie własne mini party i podczas zdmuchnięcia świeczki wypowiada życzenie. Chce, aby reszta rodziny zobaczyła, jak to jest mieć najgorszy dzień. Następnego ranka zaczyna się zabawa. Siostra, która ma występować w przedstawieniu, łapie grypę, starszy brat ma mieć kurs na prawo jazdy, mama ma ogromne problemy w pracy, a ojciec musi pójść na rozmowę, niańcząc ze sobą najmłodszego brata, który jest jeszcze małym berbeciem. Fala nieszczęść, która zalewa rodzinę, jest niesamowita. Tego dnia wszystko, dosłownie wszystko jest nie tak, jak powinno. Wszystko, za wyjątkiem tego, co przytrafia się samemu Alexandrowi. Każda jego decyzja okazuje się na 100% trafna, popularny kumpel dostaje ospy, a dziewczyna, która odmówiła przyjścia na urodzinową imprezę, zmienia zdanie.

Gdy tak towarzyszymy rodzinie Cooperów często widzimy samych siebie. Czasem zdajemy sobie sprawę, że tak naprawdę wygląda codzienność. Może film jest przesadzony, bo natłok tego rodzaju wydarzeń jest nieprawdopodobny. Nawet najgorszy pechowiec nie ma takich złych dni.

Film Disney’a potrafi rozbawić. To naprawdę sympatyczna komedia rodzinna, która zapewniła mi na chwilę oderwać głowę od codziennych obowiązków. Takie kino do niedzielnego obiadu z bliskimi.

ONA:

Niby film rodzinny – a jednak śmieszny. Nie zdarza się to zbyt często.

Na ogół takie społecznie nieprzydatne jednostki jak ja, które organy rodne mają przez przypadek, albo lepiej – przez żart lub błąd ewolucyjny, komedie rodzinne traktują tak, jak depilację woskiem, którą robi niewykwalifikowana i ślepa kosmetyczka. Och, to boli. Nas, bezdzietnych, nie ruszają te żarty. One są szalenie hermetyczne i zrozumie je zmęczona mama, sfrustrowany tato.

Ale ten film jest inny. On naprawdę śmieszy! Jest skrajnie oczywisty, nie zaskoczy Was, ale bohaterowie „potykają” się w tak uroczy sposób, że w pewnym momencie przestajesz „czaić się” z tym, że bawi Cię kino familijne i naprawdę rechoczesz na głos.

Robotę robią tu aktorzy: i ci starsi, i ci młodsi. Steve Carell w roli współczesnego taty na tacierzyńskim, Jennifer Garner, która jako mamuśka jest całkiem fajna, no i bachorki. Wszyscy są bardzo subtelnie przerysowani. Za to ten dzień, który rozgrywa się w filmie, to jest dopiero przerysowany! Trudno. Wszyscy mamy takie momenty, w których wszystko, dosłownie wszystko się wali.

Jeśli szukacie całkiem śmiesznej, ale bardzo prostej komedii, takiej „bezpiecznej”, do oglądania przy niedzielnym obiedzie – to śmiało.